Za Darmo - "InnI"

W tym dziale będzie moja historii "Innych", która może być dla wszystkich sporym zaskoczeniem.
 Jak wiadomo zaczniemy od części 1 :) Miłego czytania i mam nadzieję komentowania ^_^ 
P.S Jak to mówią "Im dalej w las, tym ciekawiej" ;) 


"InnI"


Mój Chłopak Demon


Rozdział 1

Marielle

         Świat był pełen dziwactw. Ja jednak nie wiedziałam o tym, dopóki nie pojechałam do Irlandii, gdy miałam dwanaście lat.
         Byliśmy na wakacjach... a przynajmniej ja tak myślałam, dopóki moi rodzice nie oznajmili, że tu zostajemy.
         Pewnie sądzicie, że byłam smutna – no cóż, byłam, ale to tylko dlatego, że zostawiliśmy babcię w Polsce, a ja bardzo ją kochałam. Poza nią i rodzicami, właściwie nie miałam nikogo.
         Dlaczego tak było? No cóż, to nie dlatego, że się nie starałam, bo się starałam. Zawsze byłam otwartym dzieckiem, łatwo nawiązywałam kontakt... to z utrzymaniem go miałam problem.
         Im dłużej ludzie mnie znali, tym czułam, że bardziej się ode mnie oddalają. Aż w końcu słyszałam te słowa:
         - Jesteś dziwna, nie lubię cię!
         Czy naprawdę byłam tak odpychająca? Co było we mnie takiego, że wszyscy ode mnie uciekali, lub nawet nie chcieli ze mną rozmawiać?
         Dlatego właśnie nie tęskniłam za Polską. Nie było tam nikogo, kto chciałby, bym została.
         Wprowadziliśmy się do niedużego domku na jakiejś wsi. Rodzice zawsze chcieli mieszkać w domku, a i mnie się tam spodobało.
         Jednak czekała mnie szkoła, którą miałam zacząć zaraz po wakacjach. Nie miałam problemów z językiem – mój tata stąd pochodził i uczył mnie go od najmłodszych lat, więc byłam dwujęzyczna.
         Kiedy nadszedł ten pierwszy dzień i weszłam do klasy uśmiechnięta, miałam nadzieję, że mi się uda. Nowy kraj, nowy start.
         I z początku było fajnie. Wydawało mi się, że nawiązuję z kimś kontakt, lecz wkrótce znów usłyszałam to słowo: „Dziwna”.
         Dlaczego? Czy to dlatego, że lubiłam różne historie? Że interesowałam się mangą, że uwielbiałam różne legendy? Czasami miałam wrażenie, że lepiej dogadałbym się z prawdziwym demonem, niż z drugim człowiekiem.
         W końcu nadeszła ta sama chwila, co w szkole, w mieście, w którym mieszkałam.
         W klasie utworzyły się grupki. Lecz ja nie należałam do żadnej z nich.
         „Znowu” – słyszałam samą siebie, siedząc z tyłu klasy, i patrząc przez okno pustym wzrokiem. – „Znowu jestem sama”.
         Kiedy tamtego dnia zadzwonił dzwonek kończący lekcje, czekałam na mamę na huśtawce na placu zabaw z przodu szkoły. Wiele dzieci tak jak ja czekało na nim na rodziców, jednak nikt do mnie nie podchodził, gdyż sami bawili sie we własnych grupkach. Słyszałam ich podszepty na swój temat. Słowo „dziwna” padało co chwilę z ich ust.
         Moje ręce w pewnym momencie zacisnęły się na łańcuchach huśtawki zaskoczyłam z niej i zawołałam:
         - Odczepcie się ode mnie!
         I wybiegłam ze bramę szkoły.
Prosto na ulicę.
         Widziałam, jak spanikowany kierowca próbuje mnie ominąć, lecz ja stałam skamieniała, oszołomiona przez strach.
         Dopóki ktoś nie złapał mnie mocno i wylądowałam na ziemi.
         Otworzyłam oczy - bolała mnie noga, ale nic poza tym mi nie było. Jak podniosłam wzrok zobaczyłam, że leżę na chłopcu z klasy wyżej. Wszystkie dziewczynki w szkole wzdychały do niego, bo był śliczny, tajemniczy i z tego co wiem, jego rodzice byli bogaci. Ja jednak byłam przestraszona, bo mimo, że czułam, że mnie nadal trzyma, to nie otwierał oczu.
         - Dob... – zaczęłam, ale on w tym momencie mocno otworzy oczy.
         Aż się zaczerwieniłam się, widząc po raz pierwszy z bliska tak piękne, zielono-niebieskie oczy.
         - Czyś ty oszalała! – nagle wydarł się na mnie. – Prawie zginęłaś!
         - Ja... – zaczęłam i poczułam w końcu łzy – szok i adrenalina odeszły. – Przepraszam... przepraszam – chlipałam, a on nagle zaczął głaskać mnie po głowie, aż zaskoczona uniosłam zapłakany wzrok.
         - Dobrze, już dobrze – powiedział i odetchnął. – Tylko nie rób takich rzeczy więcej – poprosił.
         Spuściłam wzrok.
         Jego ręka od razu znieruchomiała na mojej głowie.
         - Obiecaj – powiedział.
         Nie chciałam obiecywać. Bo czułam, że tak będzie jeszcze nie raz.
         - Ob... – nagle urwał, bo zostaliśmy otoczeni.
         Moja mama zdjęła mnie z niego i uścisnęła płacząc, a jego widocznie podniósł ojciec.
         - Dante, synu, dobrze się czujesz?
         - Tak tato.
         - A ty Marielle? Córeczko? – mama płakała.
         - Tak... D... Dante mnie uratował – wyznałam, na co ona zaczęła mu od razu dziękować.
         - Nic nie zrobiłem proszę pani – powiedział skromnie. – Tylko ją zabrałem z ulicy. A ty – wskazał na mnie nagle palcem.  – Masz teraz u mnie dług.
         Wtedy byłam zaskoczona tymi słowami i tak naprawdę nie miałam pojęcia, co będzie się z nimi wiązało.


Rozdział 2

Marielle

          Kiedy następnego dnia przyszłam do szkoły, inni patrzyli na mnie, jakby nie wiedzieli, co zrobić – ci w mojej klasie byli wyraźnie zmieszani, bo wiedzieli, że to przez nich niemal wpadłam pod samochód. Jednak nikt ze mną nie rozmawiał – odwracali tylko zawstydzeni wzrok.
         A przynajmniej do pierwszej przerwy.
         - Hej, hej, ty jesteś Marielle, prawda? To ciebie uratował Dante?
         - Yyy... – zmieszana nie wiedziałam, co robić, ani gdzie podziać oczy. Byłam otoczona chyba wszystkimi dziewczynami z części gimnazjalnej.
         - On jest taki boski! - zaczęły się rozpływać. – Jest w pierwszej gimnazjum, a to takie ciacho... – mówiła to bez wątpienia dziewczyna z ostatniej klasy gimka.
         Nagle na dworze rozległy się piski jak w jakimś filmie i tamte zostawiły mnie, by pognać do bramy. Zerknęłam przez okno i zobaczyłam, że to owe „boskie ciacho” przyszło do szkoły.
         Normalnie traktowali go jak jakiegoś bożyszcza, albo gwiazdę filmową.
         Przyglądałam sie chwilkę.
Mimo, że wyraźnie to on przyjął na siebie cały impet naszego upadku, szedł normalnie, bez problemu - podczas gdy ja miałam zwichniętą kotkę i szłam o kuli.
         Zerkałam za nim cały dzień, próbując znaleźć okazję, by mu podziękować. Zawdzięczałam mu życie – nie mogłam tak po prostu tego zignorować.
         Uratował mnie. Mnie – największe szkolne dziwadło.
         Kogoś, kto dla wszystkich nie był nawet wart cichych słów przeprosin.
Mijał dzień, a ja czułam się coraz bardziej bezsilna - cały czas był otoczony innymi ludźmi. Nie miałam nawet jak do niego podejść.
         Zaskoczona jednak, zaraz na drugiej przerwie, coś zauważyłam, tak próbując chyłkiem wyczuć moment, by to zrobić.
Było widać, że mimo, iż wokół niego było pełno ludzi, on wyraźnie ich ignorował – wyglądało to, jakby myślał „gadajcie sobie co chcecie, mnie to i tak nie interesuje”, albo nawet: „Boże, róbcie co chcecie i się odczepcie w końcu”.
         Podejrzewałam, że była to jedna z tych rzeczy, które powodowały, że był taki tajemniczy i zarazem przez to tak ludzie się koło niego kręcili – słowa „intrygujący bad boy” pojawiło się w mojej głowie.
         Kiedy w końcu skończyły się lekcje, byłam już zmęczona i sfrustrowana. Nie udało mi się go złapać, do tego pewnie już dawno pojechał do domu – jego fanki w pewnym momencie znikły.
         - Cholera – powiedziałam po polsku, gdy jeszcze na dodatek torba zaczęła mi ciążyć na ramieniu.
         Naprawdę źle się chodzi z plecakiem na ramieniu, gdy się ma skręconą kostkę i łazi o jednej kuli.
         Stanęłam i próbowałam ją poprawić – wiedziałam, że nie ma sensu pytać kogokolwiek o pomoc, bo i tak bym jej nie otrzymała.
         Wtedy usłyszałam:
         - Nie masz języka? – I zdjęto mi torbę z ramienia. – Cholera, co ty tam masz? Cegły?
         Obróciłam głowę i zobaczyłam Dantego.
         - Co się tak dziwnie patrzysz? – zapytał.
         Zamrugałam zaskoczona i palnęłam:
         - Gdzie twoja świta?
         - Świta? – zapytał, wyraźnie rozbawiony. – Chodzi ci o tych natrętów? Zgubiłem ich – wyznał z chytra miną. - Pewnie siedzą nadal pod męskim kiblem i czekają aż wyjdę.
         Ruszył do przodu z moim plecakiem, ale zaraz przystanął i spytał:
         - Idziesz?
         Zaskoczona bez słowa poczłapałam za nim, idąc trochę za nim, ale w pewnym momencie zwolnił i się zrównaliśmy.
         - Gdzie twój plecak? – zapytałam.
         - W łazience – znów ten chytry uśmiech. – To da nam jakieś piętnaście minut, nim się połapią, że mnie tam niema.
         Zamrugałam z wrażenia.
            - Po co zwiałeś? – nie pojmowałam. - Chyba nie po to, żeby tu przyjść... – zamilkłam, oszołomiona samym tym, że wpadło mi coś takiego do głowy.
         - Sorki, na pewno nie dlatego, co ja gadam – zaczęłam spanikowana, stojąc przerażona w miejscu.
         Znowu, znowu się dziwnie zachowuję. On zaraz...
         Poczułam, jak podnosi mi brodę, i napotkałam jego oczy.
         - A nawet jeśli, to co? – zamrugałam na tę szczerość. - Widziałem cię na każdej przerwie – wyznał - ale nie podchodziłaś, to sam się pofatygowałem – jego wzrok nagle stał sie ciemny, a uśmiech... – Chyba masz mi coś do powiedzenia, prawda?
         Aż przełknęłam ślinę. Wyglądał jak jakiś złośliwy chochlik skrzyżowany z elfem.
         - T-tak! – zawołałam, przypominając sobie wszystko - Dziękuję. Bardzo dziękuję. Uratowałeś mi życie, chciałam ci podziękować cały dzień ale...
         Wtedy przybliżył bardziej twarz, ciągle trzymając moją brodę.
         - C-co się stało? – zapytałam trochę podenerwowana.
         Wtedy uśmiechnął się, ale nie był to serdeczny uśmiech. Był to uśmiech pełen rozbawienia.
         - Myślisz, że takie przeprosiny wystarczą?
         Moje powieki znów opadły i uniosły się.
         - A co mam jeszcze zrobić? – zapytałam, czując nagle podejrzliwość. – W lekcjach ci nie pomogę, a tym bardziej...
         - Mam pewną myśl, ale pogadamy o niej później.
         Wtedy poczułam, jak zmrużają mi się oczy.
         - Co ty knujesz?
         Wtedy jego uśmiech – czułam, że mimowolnie, ale jednak – poszerza się.
         - Ktoś tu chyba nie jest taką myszką, za jaką wszyscy ją biorą.
         Wtedy mnie puścił i wyprostował się.
         - Chodź. Twoja mama pewnie już na ciebie czeka.
         Skołowana poszłam za nim.
         I faktycznie, jak wyszliśmy przed budynek, mama juz czekała.
         Byłam pewna, że Dante odda mi plecak i wróci do szkoły, by nikt go nie zauważył, on jednak poszedł dalej, i odprowadził mnie do samochodu.
         - Och, to ty – mama wyszła z samochodu i jeszcze raz mu podziękowała.
         - Niech pani nie dziękuje – poprosił. – Mam jednak do pani prośbę. Czy przywiozłaby pani Marielle do domu moich rodziców? Wiem, że ma problemy z matematyką i z chęcią jej pomogę.
         Patrzyłam na niego z rozdziawioną gębą i miną osła.
          - Och... oczywiście, każda pomoc się jej przyda. – I zaczęła ubolewać nad moimi stopniami.
         - Proszę, tu jest adres – wyciągnął skądś karteczkę. – Może być szesnasta?
         - Oczywiście – mama była wyraźnie szczęśliwa.
         A ja nie wiedziałam, co myśleć.
         Mama poszła usiąść za kierownicę, a ja chciałam otworzyć drzwi od samochodu. Te jednak otworzyły się przede mną ze słowami:
         - Proszę aniołku.
         Kiedy zobaczyłam jego psotny uśmiech, bez słowa wsiadłam, a on zamknął za mną drzwi. Zapukał jednak zaraz w szybę, którą mama skwapliwie odsunęła w dół.          
         - Do zobaczenia – powiedział, a ja tylko kiwnęłam głową.
         Kiedy odjeżdżałyśmy, mama zasypywała mnie zaskoczona pytaniami.
         Pytaniami, na które sama nie znałam odpowiedzi.


Rozdział 3

Marielle

         Kochanie... nie mów mi, że Tak chcesz się tam pokazać – mina mamy była pełna jednego słowa: cierpienia.
         Skrzyżowałam ręce na za dużej białej koszulce z wizerunkiem Goku, bardziej znanego w Polsce jako „Songo” z japońskiego anime Dragon Ball.
         - A jest jakiś problem?
         - No wiesz... miałam wrażenie, że mu się podobasz... nie sądzisz, że dobrze by było się pokazać z jak najlepszej strony? – uśmiechnęła się, chcąc mnie podejść.
         Ale ja od razu poczułam smutek.
         - Mami, wiesz, że to i tak bez znaczenia. Na początku będzie dobrze, jak zawsze. Potem się znudzi, jak każdy.
         Czułam, że mama próbuje przywołać w sobie jakieś dobre słowa, ale ona także zauważyła, że tak się dzieje - i to od zawsze.
         - Może tym razem będzie inaczej – powiedziała w końcu.
         Uśmiechnęłam się ze smutkiem.
         - Nie podsuwaj mi tego, dobrze? – poprosiłam, czując, jak oczy robią mi się mokre. - Juz zbyt często łapałam się nadziei.
         Odwróciłam się tyłem i zgarbiłam, a ona mnie przytuliła.
         - Nie rozumiem tego – wyznała, w jej głosie także czułam łzy. – Jesteś taka kochana i ciepła. Martwisz się o każdego, gdybyś mogła przygarnęłabyś każdego zwierzaka do siebie i każdego obdarzyła bezgraniczną miłością. Dlaczego więc...
         Płakałyśmy przez chwilę razem, tuląc się do siebie.
         - Kochanie, obiecaj mi jedno – poprosiła. – Nie poddawaj się.
         - Okej – zdołałam powiedzieć.
         I tak nie miałam większych nadziei. Dante pewnie był tylko zaciekawiony.
         Bo nie było szans, żeby takiemu chłopakowi, podała się dziewczyna taka jak Ja.
        
         Pół godziny później byłyśmy w drodze. Mama namówiła mnie tylko na zmianę za dużej koszulki, na taka „akurat” – był na niej również Goku, ale z limitowanej wersji bluzki, na której był dorosły ze swoim synkiem Gohanem.
         Nie miałam zamiaru się stroić. I tak nic by mi to nie dało.
         - Spory dom – zauważyła, gdy wjechałyśmy na podjazd i spojrzała z paniką na moją bluzkę.
Poczułam, że mam ogromną ochotę wybuchnąć śmiechem na jej cierpiętnicza minę.
         Gdy parkowałyśmy przed domem, trzęsłam się już z powstrzymywanego śmiechu, widząc jak jej mina robi się coraz bardziej cierpiętnicza.
         Kiedy ktoś otworzył drzwi, usłyszałam jej jęk i nie wytrzymałam - wybuchłam radosnym, gromkim śmiechem, aż się poryczałam.
         - Mari, zlituj się nade mną... – błagała mnie szeptem.
         Ja jednak śmiałam się dalej, dopóki nie usłyszałam:
         - No proszę, czyli umiesz się śmiać.
         Zerknęłam przez łzy na Dantego, który stał w moich drzwiach - nadal trzęsłam się z rozbawienia. Próbowałam się uspokoić, więc zatkałam usta, ale jak usłyszałam kolejny jęk mamy wybuchłam ponownie.
         Mój wzrok znów padł na Dantego - jego twarz także rozciągał uśmiech – szeroki i na dodatek inny niż w szkole.
Wyglądał po prostu na szczery.
Na ten widok trochę się uspokoiłam, czując się po prostu miło, że go takiego zobaczyłam.
         Usłyszałam teraz pełne cierpienia westchniecie mamy, po czym powiedziała:
         - Pomogę ci wyjść.
         - Nie trzeba, poradzimy sobie – odezwał się od razu Dante i wyciągnął do mnie ręce.
         - Czekaj – próbowałam się pozbierać, wycierając dłońmi twarz, bo jak zwykle nie miałam przy sobie chusteczek. – Jestem cała mokra od tych łez.
         - I co z tego? – zapytał i bez ceregieli złapał moje ręce, ciągnąc je. Gdy niemal wypadłam z samochodu i stanęłam zwichnięta stopą na ziemię, złapał mnie tak, że mnie podniósł. I to dosłownie!
         W jednym momencie byłam w samochodzie, w drugiej trzymał mnie na rękach. I to trzymał jak jakąś księżniczkę!
         Kiedy uniosłam głowę, by coś powiedzieć spotkały się nasze spojrzenia, i on... wyglądał, jakby sam był zaskoczony tym co robi.
         - Um... – zaczął nagle i zobaczyłam, że się zmieszał. - Tak, lepiej żebyś nie stawała na tą nogę – rzekł i postawił mnie ostrożnie.
Jednak zdziwiona czułam, że nadal mnie podtrzymuje, sięgając po moją kulę - poczułam rumieniec, bo pierwszy raz byłam tak blisko chłopaka, który nie był moim tatą.
         - Umm... to... zostawiam ją w twojej opiece – rzekła mama.
Po raz pierwszy widziałam, by była tak czerwona.
         Choć, bądźmy szczerzy, nie byłam lepsza. Zaraz jednak się otrząsnęłam, bo mama odjechała i zostaliśmy we dwoje.
         - Trzymaj – Dante podłożył mi kule pod ramię i mnie puścił. Poczułam się trochę smutna. Zaraz jednak spytał: - Czemu tak się śmiałaś?
         - Um... – chyba zaczęłam rozumieć mamę. Mogłam założyć coś ładniejszego... – Nie – powiedziałam na głos i otrząsnęłam się.
         - Co „nie”? – nie rozumiał.
         - Ja...  – zaczęłam. Już miałam myśl by ściemnić, ale uznałam, że to nie ma znaczenia. - Miałam właśnie głupią myśl, że mogłam się ubrać lepiej, jadać tutaj – wyznałam brutalnie szczerze. - Ale uświadomiłam sobie, że to i tak byłoby bez znaczenia.
         - Dlaczego? – zapytał. Wyglądał na szczerze zaciekawionego.
         - Bo będzie jak zwykle – rzekłam i zaczęłam kuśtykać w stronę domu.
         Przez chwilę tak szłam, gdy nagle przebiegł obok mnie i mnie zatrzymał.
         - To znaczy jak? – zapytał.
         Już otwierałam usta, ale zamiast wyjaśnić, zapytałam:
         - Nie skomentujesz tego? – wskazałam swoją bluzkę.
         Wtedy zmrużył oczy.
         - A co chcesz, żebym powiedział? – zapytał krzyżując ręce na piersi, patrząc podejrzliwie.
         - Prawdę – powiedziałam tylko.
         - Chcesz prawdę? – zapytał. - Okej – wtedy podszedł bliżej i po prostu złapał za dół mojej bluzki, by lepiej się jej przyjrzeć. Trochę mnie zaskoczył taką bezpośredniością.
Nagle zamrugał i spojrzał na mnie z rozdziawioną gębą.
– To limitowana wersja „Goku i Gohan”. Skąd ty ją wytrzasnęłaś? – zapytał w  wyraźnym szoku.
         Zamrugałam zaskoczona.
         - Znalazłam w internecie – wyjaśniłam z szeroko otwartymi oczami - a rodzice dołożyli mi do tego co uzbierałam i sprowadziłam ze stanów.
         Wtedy jego twarz ponownie rozciągnął ten szeroki, szczery uśmiech.
         - Nie wiesz, czy jakieś jeszcze są? – zapytał, a ja byłam w taki szoku, że zapomniałam o zawstydzeniu.
         - Hm... – zamyśliłam się. - Wiem, że było jeszcze kilka sztuk, ale co jakiś czas pojawiają się nowe wzory...
         - Widziałaś tą wersję z Goku i jego żoną? – zapytał nagle.
         - Jasne! – zawołałam od razu. – Ta koszulka jest jeszcze z czasów, gdy Chichi uczestniczyła w turnieju w pierwszym sezonie...
         - No, świetne to było – przyznał od razu skwapliwie. – Byłem ciekaw, czy będą mieć dzieciaki, a tu dwóch synów!
         - Uhm, a spodziewałeś się, że Bulma będzie z Vagetą? – zapytałam, coraz bardziej zaskoczona i szczęśliwa.
         Pierwszy raz rozmawiałam z kimś, kto tak dobrze zna tą serią.
         - Za cholerę – przyznał. – I do tego mają syna i córkę.
         - A Vegeta to nadopiekuńczy tatuś! – zawołałam ze śmiechem.
         - Jak to zobaczyłem, to myślałem że padnę! – śmiał się razem ze mną.
         Nagle spojrzał na mnie zaskoczony.
         - Nie sądziłem, że spotkam dziewczynę, która tak dobrze zna Dragon Ball. Ba, że w ogóle to ogląda – kręcił głową w szoku. - Myślałem, że dziewczyny nie znoszą takich rzeczy, że tylko im kiecki i kosmetyki w głowach... – zamilkł i nagle zlustrował mnie.
         Od razu poznałam to spojrzenie. Nie wiedział, gdzie mnie włożyć.
         - Co? – zapytałam, krzyżując ręce na piersi. Nie miałam zamiaru dać się zwątpieniu. Niech myśli, co chce. - Myślałeś, że wszyscy będę za tobą chodzić sznurkiem? – zapytałam go wojowniczo.
         - No cóż...  – zaczął, ale zamilkł, patrząc na mnie w skupieniu. – Wiesz, szczerze mówiąc, to jesteś pierwsza osobą, która przychodząc tutaj nie...
- Podlizuje się? – zapytałam.
Kiwnął bez słowa głową.
- No dodatek – mówił dalej. – Ubrałaś się...
         - Jak? – zapytałam znów buntowniczo. – Brzydko?
         - Normalnie – sprecyzował, a ja wyczułam jego szczerość. – Zwykle... – od razu dostrzegłam, że zacisnął pięści. I zrozumiałam, że coś mi tu nie gra. – No nic. Chodźmy lepiej do domu... – odwrócił się w stronę domu, i usłyszałam jego burkniecie: - No i czego się gapicie?
         Zamrugałam zaskoczona i spojrzałam tam gdzie on. Gwałtownie spaliłam buraka – wyglądało to tak, jakby wszyscy z domu przyszli, żeby się po gapić.
         - Dzi... dzień dobry – powiedziałam, nagle zestresowana.
         Wszyscy uśmiechnęli się do mnie z taką sympatią, że poczułam jeszcze większy rumieniec.
         - Witaj skarbie – zobaczyłam ojca Dantego jak schodzi ze schodów. – Miło cię widzieć. Jak noga? – jego głos był pełen szczerej troski.
         - Jest lepiej – wyznałam, poruszona tym uczuciem. – Doktor powiedział, że ze dwa tygodnie i będzie jak nowa.
         W jego oczach było widać prawdę – szczerze się o mnie martwił.
         - Naprawdę – dodałam, chcąc go jakoś uspokoić. – Gdyby nie Dante, pewnie bym tu nie stała.
         - No to... – zaczął, ale Dante mu przerwał:
         - Oj, dajcie spokój – poczułam zaskoczona, jak Dante mnie unosi i aż pisnęłam ze strachu, bo już widziałam w wyobraźni, jak jego nogi się łamią pod moim ciężarem.
         Nie byłam drobnym kwiatkiem jak większość dziewczyn w moim wieku – miałam trochę nadwagi, musiałam ważyć więcej niż On!
         Kiedy ruszył do domu byłam w szoku – musiał być dużo silniejszy niż sie wydawało. Uniosłam wzrok, żeby sprawdzić, czy nie niesie mnie po prostu siłą woli, albo czymś, ale nie zobaczyłam na niej żadnych oznak wysiłku. Był nadąsany i zirytowany... a na jego twarzy był najprawdziwszy rumieniec.
         Dante niósł mnie tak i niósł, aż w pewnym momencie wydało mi się to dziwne.
         - Czy ty w ogóle nie odczuwasz czyjegoś ciężaru?
         - Co? – zamarł i nagle postawił mnie. – Przepraszam, to chyba był rzut adrenaliny, czy coś... – tłumaczył, ale było to jakieś dziwne.
         Zerknął na mnie – moja mina, wiedziałam, była podejrzliwa.
         - No co? – nagle to on przybrał wojowniczą postawę. – Masz jakiś problem? Tak? To już cię nie będę nosił. Zadowolona?
         I ruszył przed siebie.
Milczałam, patrząc na jego plecy. Zwykle ludzie w takich wypadkach mnie olewali. Najprawdopodobniej w takiej sytuacji u kogoś innego usłyszałabym „dzwoń po mamę, nie chcę cię tu już więcej widzieć”.
Tymczasem on znów mnie zaskoczył. Zobaczyłam jak przystaje, a jego drobnym, choć dużo wyższym ode mnie ciałem wstrząsa mocne westchnięcie.
         - Czemu tak sterczysz?
         - Czekam, aż każesz mi jechać do domu – wyznałam.
         Wtedy obrócił się z autentycznym szokiem na twarzy.
         - Dlaczego miałbym cię wygonić?
         Zamrugałam z nie mniejszym szokiem.
         - Jak to „dlaczego”? Tak... – zamilkłam spuszczając wzrok i cofnęłam się lekko, obejmując wolną ręką swój łokieć.
         Podszedł do mnie powoli.
         - Wiesz, nie raz widziałem cię w szkole – wyznał nagle, a ja uniosłam zaskoczona wzrok. – Słyszałem dość sporo na twój temat – przyznał. – Do tego większość tego, co do mnie docierało, nie trzymało się kupy.
         - No cóż – wyminęłam go niezdarnie i zaczęłam kuśtykać w stronę gdzie przed chwilą szedł. – Pewnie i tak większość to prawda – wyznałam i wtedy przystanęłam. – To dlatego – powiedziałam nagle. – To dlatego mnie tu zaprosiłeś. – Pojęłam. - Pewnie chciałeś się po śmiać ze szkolnego dziwadła. Gdzie jest reszta? - zapytałam ostro.
         - Jaka reszta?
         - Reszta dzieciaków, które pewnie teraz mnie nagrywają, patrząc jak robię z siebie kretynkę.
         - O czym ty gadasz? – zapytał zirytowanym tonem, a ja się obróciłam do niego krzycząc:
         - Nie kłam! Założę się, że jutro będę jeszcze większym pośmiewiskiem, bo głupia dałam się tu zaprosić!
         Jak mogłam być taka głupia? Jaki mógł być inny powód tego, że taki chłopak mnie do siebie zaprosił?
         - Przestań do cholery! – zawołał. – Nikt cię nie nagrywa!
         - A więc po co mnie tu zaprosiłeś?! – zawołałam.
         Niech to wyzna, niech w końcu powie prawdę...
         - Bo jesteś mi coś winna! – zawołał wtedy.
         - Ach tak? Jestem ci coś winna? – zapytałam zranionym tonem. - Dobra, więc kończmy tę farsę i gadaj co chcesz! Mam goła pobiec po twoim domu? Czy może wyznać coś kompromitującego do kamery, a potem ty to wszystkim pokażesz?!
        Milczał. Byłam tak zraniona tym, że dałam się oszukać, że dopiero po chwili zrozumiałam, co wyraża jego twarz.
         Był... niemniej zraniony jak ja.
         Kiedy zobaczyłam, jak jego głowa opada i jak się odwraca, miałam wrażenie, jakbym patrzyła we własne lustro.
         Zrozumiałam wtedy, że nie miałam racji.
         On Naprawdę chciał mnie poznać.
         Kiedy usłyszałam jego pusty głos:
         - Dobrze, zapomnijmy o sprawie – powiedział cicho. – Chcę tylko, byś wiedziała, że to nie prawda. Nigdy się z ciebie nie śmiałem i nie miałem zamiaru...  Poproszę tatę, żeby odwiózł cię do domu.
         Popłakałam się. Po raz pierwszy ktoś wyciągnął do mnie rękę... a ja ją ze strachu odrzuciłam.
         - Czemu? – wychlipałam. – Czemu ja wszystko robię źle? Czemu ja muszę zawsze się przez to bać? Czemu nie mogę być po prostu normalna? Czemu...
         Niechcący nacisnęłam mocniej zranioną stopą o ziemię i zaczęłam mocniej płakać, bo przeszył mnie jeszcze ból nogi. Nie oczekiwałam pomocy, nie po raz drugi – nie po tym, jak wyraźnie go skrzywdziłam.
         - Nie stawaj na tą stopę – usłyszałam nagle i poczułam jak Dante mnie podtrzymuje.
         Szarpnęłam się gwałtownie zaskoczona jego dotykiem – nawet go nie usłyszałam i zaczęłam lecieć w dół.
         Kiedy padłam na plecy, od razu zorientowałam się, że nawet tyłek mnie nie boli.
         Poczułam za to, jak obejmują mnie od dołu chłopięce dłonie.
         - W końcu naprawdę się zabijesz – powiedział pode mną, a ja obróciłam się lekko.
         Zobaczyłam, że jest wyraźnie zmęczony.
         - Przepraszam – powiedziałam i pociągłam nosem.
         On mnie znów uratował... nawet po tym jak go oskarżyłam...
         - Nic mi nie jest, także nie przepraszaj... – poprosił cicho.
         - Nie za to przepraszam – powiedziałam i uniosłam się z niego, by usiąść na ziemi. Czy mi wybaczy? Czy... dałby mi jeszcze jedną szansę? Wątpiłam, ale... chciałam spróbować,
Kiedy również się podniósł, wyznałam ze wstydem:
- Chciałam cię przeprosić ze to, co powiedziałam. Nie chciałam cię zranić – patrzyłam w ziemię, próbując opanować potok łez.
         - Nie jesteś pierwszą osobą, która to zrobiła – wyznał cicho. – Dlatego nie przejmuj się – uniosłam spojrzenie i zobaczyłam jego uśmiech – znów ten ze szkoły, całkowicie nieszczery. – Jestem już zaprawiony w tego typu bojach.
         - Do nich nie można się zaprawić – szepnęłam.
         - Tak ci się wydaje, ale...
         - Nie można! – krzyknęłam, widząc po raz pierwszy, jak bardzo ten rozchwytywany, traktowany jak szkolna gwiazda chłopak cierpi. Wyznałam, nim się połapałam, co chcę powiedzieć: - Ja od lat próbuję i zawsze boli tak samo! Dlatego nie mów proszę, że można się przyzwyczaić do pustki, to... – to jest przerażające. Człowiek czuje się jak kawałek gówna za każdym razem, gdy ludzie odpychają go tylko dlatego, że jest inny!
         Popłakałam się ponownie, a moje wielkie łzy skapywały na dywan. Miałam zamknięte oczy, ale nawet to ich nie powstrzymywało.
         - Skąd w takim małym ciele tyle bólu? – usłyszałam jego ciche słowa. – I dlaczego... to akurat Ty tak bardzo mnie rozumiesz?
         Poczułam, jak opiera czoło o moją głowę. Otworzyłam zapłakane oczy i zobaczyłam, że obok moich łez skapują inne.
         Milczeliśmy, nawzajem zasłaniając swoje twarz, pozwalając lecieć łzom, zrodzonym z naszego bólu.
         Ta chwila była dla nas bardzo ważna. To w niej zrozumieliśmy, że dzielimy ten sam rodzaj bólu. Mimo różnic między nami, oboje byliśmy samotni.
         Kiedy łzy wyschły, nieświadomie nadal opieraliśmy o siebie nasze głowy.
         - Zostaniesz? – poprosił Dante. – Czy... czy opowiesz mi?
         Pociągłam nosem.
         - A ty też powiesz prawdę? – zapytałam.
          Chciałam go zrozumieć. Chciałam... chciałam go poznać. Prawdziwego Dantego. Nie tego ze szkoły. Tylko tego, który siedział teraz tu ze mną, który był zupełnie inny niż ten, którego widywałam na co dzień.
         Poczułam, jak kiwa głową i wyznaje:
         - Powiem. Choć nie do końca wiem jak – wyznał z bólem.
         - Ja też – wyznałam z nie mniejszym cierpieniem. – Rodzice nigdy nie zrozumieli...
         - Moi także – wyznał. – To... może my spróbujemy?
         Odsunęliśmy się i spojrzeliśmy na siebie.
         Uśmiechnęłam się przez łzy.
         - Dobrze.
         Zamrugał wtedy i zobaczyłam, jak zasłania usta dłonią.
         - Wszystko okej? – zaniepokoiłam się widząc to.
Wstał w odpowiedzi i na chwilę się odwrócił – wydawało mi się, że bierze głęboki oddech. Zaraz jednak wyciągnął do mnie dłoń i pomógł wstać.
         - Chodź. Tam jest mój pokój.
         Patrzyłam na niego przez chwilę.
         - Co? – zapytał.
         Wyznałam cicho:
         - Jesteś... bardzo miły, wiesz?
         Zamurowało go.
         - A... A ty masz za długi język – powiedział i zobaczyłam, że jest potwornie zmieszany. – Lepiej chodźmy już, bo gadasz jakieś głupoty.
         Poczułam zaskoczona w gardle chichot i zachichotałam cicho.
         - No co? – wyburczał od razu. - Rusz w końcu tyłek.
         Zaczął iść, a ja poczłapałam za nim do pokoju, patrząc rozbawiona na jego plecy.
         Wtedy jeszcze nic nie wiedziałam o nim, ani o jego życiu. Jednak wiedziałam teraz coś ważnego, coś, czego inni nie wiedzieli.
         Pod twarzą najbardziej tajemniczego i najładniejszego chłopaka w szkole, który dla wszystkich wydawał się niedoścignionym ideałem... tak naprawdę krył się ciepły chłopak, który nieraz został zraniony przez własną inność – teraz rozumiałam jego postawę w szkole, nie chciał się zbliżać do nikogo, tak jak ja.
         Bo bał się, że ludzie go opuszczą.
         Nie wiedziałam jednak, jak bardzo był inny. Nawet bardziej inny niż ja.
         Co mogłam jednak poradzić, że jego inność od razu przemówiła do mojej własnej?


Rozdział 4

Marielle

         Więc to dlatego – powiedział Dante, gdy siedzieliśmy u niego w pokoju. Ja na jego fotelu, on na krześle. Chciałam usiąść tam gdzie on, ale nalegał, że powinnam usiąść w tym miejscu, bo jest „wygodniej” i „nie będzie bolała mnie tak stopa”. Ale skąd wiedział, że ona mnie czasami pobolewa?
         - Tak – przyznałam.
         Przez chwilę siedział zamyślony, aż w końcu poczułam, jak rozsadza go gniew, widoczny zaraz na twarzy.
         - Zabiłbym – wyznał i spojrzał na mnie dziko. – Gdybym to zobaczył, zabiłbym w jednej chwili.
         Poczułam się zarazem szczęśliwa, jak i zaniepokojona.
         Splotłam zawstydzona dłonie na udach i patrząc na nie powiedziałam:
         - Nie mów tak, widocznie jest we mnie coś, co ludzi odrzuca.
- Odrzuca? – wywarczał. – To wygląda bardziej jak pastwienie się nad kimś, a nie... – zamilkł i wziął głęboki oddech. – Jak ludzie mogą się tak zachowywać? pRzecież to wstrętne!
Uniosłam na niego wzrok.
- Uważasz, że to nie była moja wina?
- Twoja?! – wręcz wrzasnął. – Zapytałaś się tylko, czy możesz się z nimi bawić! Gdzie jest twoja wina, że wpakowali ci twarz w piasek, a potem nagrali to, żeby sie po śmiać?!
Patrząc na niego, znów poleciały mi łzy.
Nagle do pokoju ktoś wszedł, ale Dante nie zwrócił na to uwagi, tylko krzyknął:
- Jesteś niemożliwa! Dlaczego płaczesz nad tymi gnidami?! Dlaczego...
- Dante – usłyszeliśmy proszący głos, ale on tylko obrócił się wściekle i warknął:
- Ciociu, nie wtrącaj się.
- Straszysz ją – powiedziała kobieta, a Dante jakby ocucił się ze snu.
Spojrzał na mnie szybko, i widząc moją minę, zakrył twarz i powiedział cicho:
- Do diabła.
Kiedy wstał i chciał wyjść, poderwałam się gwałtownie wołając:
- Nie idź!
I zelektryzował mnie ból, aż po udo.
Zaraz jednak siedziałam z powrotem, wręcz leżałam, a Dante unosił mi chorą nogę i naciskał jakiś punkt na łydce, aż łzy mi pociekły w pierwszej chwili.
Gdy jednak puścił, aż jęknęłam, zaraz zatykając buzię zawstydzona.
Ciocia Dantego podsunęła pufę pod moją nogę, a Dante położył ją na nią delikatnie.
- Dlaczego, do cholery wstałaś? – wycedził.
- Bo... Bo chciałeś wyjść – wyznałam, czułam, jak pot spływa mi po twarzy przez tamten ból.
- A dlaczego nie miałem? – zapytał i sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej chusteczkę i zaczął wycierać mi czoło.
Bez siły próbowałam zabrać jego rękę.
W końcu się wkurzył:
- Czemu nie dasz mi tego wytrzeć?
- To normalna chusteczka – wyszeptałam. – A to na mnie to pot.
- I? – nagle jego twarz była bardzo blisko mojej. – I co z tego? Twój pot jest za dobry dla mojej chusteczki?
Uśmiechnęłam się i zachichotałam cicho, nie mogłam się powstrzymać.
- To twoja chusteczka jest za dobra na mój pot – zdołałam zażartować.
Już otwierał usta, gdy usłyszeliśmy:
- Dante synu, co robisz tej dziewczynce?
Nagle Dante i ja zdaliśmy sobie sprawę, jak blisko jesteśmy i w jednym momencie poczerwienieliśmy.
- S-Suń się – odepchnęłam go oszołomiona, a on zaskoczony poleciał na tyłek.
W pokoju wybuchł śmiech.
Spojrzałam zawstydzona na osoby w pokoju. I zobaczyłam piękną kobietę, która patrzyła na Dantego tak, jakby chciała go zamordować.
- Młody człowieku – owa kobieta podeszła i złapała go za ucho. – Jak ty traktujesz tą dziewczynkę? Pierwsze ją straszysz, a potem...
- On mnie nie przestraszył – powiedziałam w jego obronie, na co kobieta zlustrowała mnie wzrokiem. – Nie kłamię – wyjaśniłam, gdy zobaczyłam w jej wzroku powątpiewanie. – No, byłabym głupia, gdybym się nie zaniepokoiła, ale to nie dlatego tak patrzyłam.
Kobieta puściła jego ucho i podeszła do mnie cichutko, poruszając lekko ręką. Wszyscy wyszli z pokoju oprócz Dantego.
- Mamo... – zaczął, ale ona zignorowała go. Usiadła obok mnie na oparciu fotela i zapytała: - Dlaczego więc płakałaś i miałaś taką minę?
         - Bo... – zaczerwieniłam się i zerknęłam na Dantego. Zrobiłam się jeszcze bardziej zawstydzona, a ona widząc to powiedziała: - Dante, wyjdź na chwilę.
         - Nie – odparł od razu i wstał. – Nie pozwolę żebyś...
         - Hm... – zobaczyłam, jak patrzą na siebie. Miałam wrażenie, jakby toczyli jakąś bitwę.
         - Dante – odezwałam się cicho. – Proszę, wyjdź na moment.
         - On... – usłyszałam jego mamę, ale Dante w tym samym czasie prychnął. – Dobra, wyjdę, ale nie odejdę daleko! – obwieścił i wyszedł, trzaskając drzwiami.
         - No cóż, tego się nie spodziewałam – wyznała jego mama zaskoczona i spojrzała na mnie. – Ty jesteś Marielle, prawda?
         - Tak – przyznałam i zaczęłam: - Proszę się na niego nie gniewać. Jego zachowanie... – poczułam, że łzy znów mi ciekną po twarzy. – Ucieszyło mnie – wyznałam.
         Wtedy ona zeszła z oparcia i klęknęła przede mną.
         - Ucieszył cię jego gniew?
         - Tak – przyznałam drżąco ze łzami. – On... on uratował mi życie, a potem... potem wyciągnął do mnie rękę - wyznałam. - Jak się zezłościł po tym, co mu opowiedziałam... poczułam się, jakby ktoś po raz pierwszy stanął w mojej obronie.
         Był zaskoczona moim słowami – wyglądała, jakby rozumiała dobrze, o czym mówię. Jednak nagle jakby coś sobie uświadomiła, co odsunęło to zrozumienie na dalszy plan.
         - Czy on z tobą rozmawia? Opowiedział ci cokolwiek?
         - Tak – przyznałam od razu, a ona wtedy spojrzała na mnie silnie i powiedziała: - Opowiedz mi.
         Zamrugałam na tą jawną władczość w jej głosie. Jednak powiedziałam przepraszająco:
         - Przepraszam panią, ale on powiedział mi to w zaufaniu. Nie mogę go zawieść.
         Poczułam, że mam pierwszego przyjaciel – nie mogłam po prostu tego stracić. Nie mogłam, bo bałam się, że jeśli to spapram... to stracę kogoś wyjątkowego.
         Szok na jej twarzy był nie do opisania, kiedy do pokoju nagle wparował Dante.
         - Matko, co jej zrobiłaś? – warknął i od razu spojrzał na mnie, jakby czegoś się bojąc.
         - Nic – powiedziałam, zaskoczona jego miną, choć to nie mnie pytał. – Czemu by miała coś mi zrobić?
         W tym czasie jego matka wstała i powiedziała:
         - Właśnie, czemu bym miała? Skoro widocznie się lubicie, a ona słucha tylko ciebie – wtedy uśmiechnęła się do niego, a on osłupiał.
         Kiedy matka go wymijała, on wyznał, patrząc na mnie z uśmiechem:
         - Ona nikogo nie słucha.
         - To dobry znak – rzekła i wyszła z pokoju.
         Jeszcze chwilę tak stał, widocznie się ciesząc, jednak w końcu podszedł z poważna miną i usiadła tam gdzie przedtem jego mama.
         - Na pewno jest okej? – nigdy nie słyszałam, by poza rodziną ktoś powiedział do mnie tak troskliwie.
         - Tak – przyznałam, lekko się czerwieniąc. – Nie zrozumiałam niczego z tego co powiedzieliście – wyznałam w końcu. – O co chodziło?
         Wtedy jego wzrok znów stał się bardzo szczęśliwy.
         - Co powiesz na lody? – zapytał.
         Poczułam od razu ślinkę nabiegająca do ust.
         - Chcesz odwrócić moją uwagę lodami? – walczyłam z własnym łakomstwem.
         - Tak – przyznał od razu z ogromnym uśmiechem. – Jakie chcesz? I nie mów – nachylił sie do mnie bardzo blisko – że nie chcesz, bo twoja mina mówi wszystko.
         - Dobra – żąchnęłam się i skrzyżowałam ręce na piersi. – Chcę lody bananowe i śmietankowe z bitą śmietaną i owocami – powiedziałam najbardziej absurdalne życzenie.
         Lody bananowe były zbyt rzadkie do trafienia, na dodatek kupno ich nie na gałkę – przynajmniej w Polsce - graniczyło właściwie z cudem.
         Spojrzał na mnie przymrużając oczy.
         - Coś wybitnie knujesz.
         - Ja? – udawałam niewiniątko. – No coś ty.
         Wtedy wybuchł śmiechem i zaczął czochrać mi złośliwie włosy.
         - Kto by pomyślał, że z ciebie taka niewinna dziewczynka.
         - Dante, noo... – jęczałam, próbując zabrać jego rękę.
         Wtedy drugą złapał mnie za nos.
         - Jak chcesz lody to poproś – powiedział.
         - Wypchaj się – powiedziałam z zatkanym nosem, przez co mój głos był śmieszny.
         - Ale teraz brzmisz - śmiał się szczęśliwy.
         Chciałam sama złapać go za nos, ale moja ręka zamarła.
         Dante zauważył to i zapytał się:
         - Co jest?
         Puścił mój nos i włosy i gdy zobaczył, że zaczynam się trząść, złapał mnie za ramiona.
         - Tak się boję! – wybuchłam nagle.
         - Mari...
         - Tak się boję, że będzie jak zwykle. Że ty jak każdy...
         Wtedy poczułam, jak tuli mnie mocno. Chciałam go także objąć, ale przestraszyłam się, nie wiedziałam, co zrobić. Czy robię dobrze? Czy mnie nie odepchnie?
         - Obejmij mnie – usłyszałam.
         Płakałam jeszcze mocniej, walcząc ze sobą – z własnym strachem.
         - Obejmij mnie! – krzyknął, a we mnie coś pękło i w końcu zrobiłam to mocno.
         Zaczęliśmy się tulić desperacko.
         - Myślisz, że tylko ty się boisz? Ja też się boję – wyznał z desperacją. – Boję się, że i ty mnie kiedyś zostawisz! Proszę... – nagle osunął się w dół na moją klatkę piersiową. – Proszę, nie zostaw mnie.
         - A jak się mną znudzisz? – nie tylko on bał się łapać nadziei. – Wszyscy co mnie kiedykolwiek lubili po paru miesiącach nie chcieli mnie znać. A jak i ty...
         Wtedy oderwał się ode mnie i uniósł głowę, patrzyliśmy na siebie oboje płacząc.
         - A jak obiecam? – zapytał.
         Zagryzłam wargi i pokręciłam głową bezradnie.
         - Nikt nigdy nie dotrzymał słowa – wyznałam. – Zawsze zostawałam sama.
         Dante rozumiał mnie, dlatego otarł łzy rękawem, wstał i podszedł do szuflady w komodzie.
         Kiedy wrócił, powiedział:
         - A jak obiecam na to?
         Spojrzałam na jego rękę. I ujrzałam na niej pierścionek – wyglądał jakby był srebrny z zielonymi i niebieskimi kamyczkami, takimi jak jego oczy.
         - Śliczny – wyznałam. Nie mogłam pojąć, jak może chcieć dać mi coś tak pięknego...
         - Jest trochę duży – powiedział i zdjął łańcuszek ze swojej szyi, także srebrny. – Nie możesz na razie mieć go na palcu, ale noś go na szyi.
         I założył mi go bez dalszych słów.
         - Ale ja nie mam nic by dać ci w zamian – powiedziałam przejęta, dotykając pierścionek.
         - Więc obiecaj mi, że go nigdy nie zdejmiesz, ani nie będziesz specjalnie zakrywać.
         - Ale na lekcji WF nie pozwalają nosić takich rzeczy – powiedziałam od razu.
         - O to się nie martw – powiedział tylko. – Obiecaj mi - prosił.
         Patrzyłam na niego. Dał mi widać coś, co było dla niego bardzo ważne. Mnie. Osobie, którą wszyscy olewają, która nigdy nie miała przyjaciela...
         - Czyli będziesz moim przyjacielem? – zapytałam.
         Kiwnął głową.
         - Na zawsze? – złapałam go za ręce, czując nadzieję. – Naprawdę na zawsze?
         Ścisnął moje dłonie i uśmiechnął się przez łzy.
         A ja poczułam pierwszy raz, że robię dobrze. Naprawdę dobrze
         Przytuliłam go mocno i powiedziałam:
         - Obiecuję.
         Zawierzającym mu tym samym samą siebie.


Rozdział 5

Marielle

         Kiedy byłam w domu, rozpamiętywałam ten dziwny dzień, bawiąc się naszyjnikiem z pierścionkiem od Dantego.
         Patrzyłam na niego, zadziwiona, jak tak mała rzecz, może dawać aż tyle nadziei. Jednak mimo tego wszystkiego, co z nim dziś przeszłam – co sobie obiecaliśmy, bałam się jutrzejszego dnia. Bałam się, że ten piękny chłopak, znowu stanie się tym obcym dla mnie bożyszczem, którego otacza wianuszek dziewczyn, które wiedziałam, że go nie interesują.
         „- Ludzie trzymają się mnie dlatego, że tak wyglądam – wyznał. – Wiem, że to przyciąga każdego. Czasami wolałabym być najbrzydszy pod słońcem – powiedział gniewnie. – Wtedy olaliby mnie i...
         - Nie mów tak – poprosiłam przerywając mu. – Bycie brzydkim nie jest fajne. Podejrzewam, że to dlatego też ludzie mnie nie lubią.
         Wtedy zmarszczył brwi.
         - Ale gdzie ty jesteś brzydka? – zapytał ze szczerym zdumieniem. – To, że jesteś troszkę duża nie znaczy, że jesteś brzydka.
         - Dzięki za przypomnienie – burknęłam. – Ale przez to wiecznie się ze mnie śmieją. Do tego jestem łamagą... nawet nie uczę się za dobrze... i...
         - Cicho, wszystko to można naprawić – rzekł pewnym tonem. – Pomogę ci w nauce – obwieścił. – I będziemy razem ćwiczyć. Jest u nas w domu mała siłownia, a mój wujek był instruktorem, także ułoży ci program.
         - Ale...
         - A ja cię dopilnuję – mówił dalej pewny. – Będę po ciebie przychodził, nie mieszkasz tak daleko. A potem poćwiczymy i ktoś odwiezie cię do domu. Super układ!
         - Dante! – przerwałam jego wywód. – Ale to będzie znaczyć, że będę tu praktycznie codziennie. Twoja rodzina będzie mnie mieć dość, a ty będziesz żałował!
         Wtedy złapał naszyjnik na mojej szyi i podniósł pierścionek do moich oczu.
         - Widzisz to? Obiecaliśmy sobie coś prawda?
         - Tak, ale...
         Wtedy zrobił zranioną minę.
         - Chcesz powiedzieć, że nie chcesz spędzać ze mną czasu?
         Zamrugałam i spuściłam wzrok zażenowana.
         - Tego nie powiedziałam... – wyznałam cicho.
         - No to ustalone – stwierdził tylko zadowolonym tonem”. 

         Złapałam się za policzki, przypominając sobie to wszystko. Czułam się przy nim dziwnie. Po raz pierwszy naprawdę czułam, że ktoś mnie lubi. I ktoś chce być przy mnie...
         Co mi było?

Rozdział 6

Marielle

         Następnego dnia, gdy mama wiozła mnie do szkoły, cały czas miała zachwyconą minę, zaglądając na mnie.
         - Ten pierścionek wygląda jak zaręczynowy – drażniła się ze mną.
         - Mamo – jęknęłam zażenowana.
         - No co – była ucieleśnieniem niewinności. – Kto wie, może on zakochał się w tobie od pierwszego wejrzenia?
         Prychnęłam, ale nie wyjaśniłam niczego. Nie mówiłam jej o naszej obietnicy, a to co zasugerowała było po prostu głupie.
         Dante został moim przyjacielem. Na pewno nie chciałby mieć takiej dziewczyny jak ja... Co, muszę przyznać, byłą trochę smutne, ale takie były realia.
         Mógł mieć każdą dziewczynę w szkole. Czemu miałby wybrać dziewczynę, która okrzyknięto mianem „Dziwaczna Marielle”?
         Mama zahamowała przy szkole, a ja od razy oznajmiłam:
         - Dobra, idę.
         - Pa kochanie – jej głos nagle stał się dziwnie zadowolony.
         A kiedy wychodziłam z auta, zrozumiałam, dlaczego.
Od razu poczułam na sobie cień, a moje serce zabiło gwałtownie jeden mocny raz. Uniosłam powoli głowę i zobaczyłam nad sobą Dantego.
         - Wiesz, ile tu czekam? – burknął na wstępie. – Użeranie się z tymi dziewczynami to mordęga.
         Zerknęłam obok niego i zobaczyłam, jak zgraja dziewczyn patrzy na nas z szokiem na twarzy, lub z takim wyrazem, jakby miały zacząć płakać.
         - Chryste – jęknęłam. – Ile ich tam jest? – zapytałam. – To wygląda jakby wszystkie dziewczyny ze szkoły się zebrały.
         - No cóż, nie wszystkie – wyznał i bez ceregieli wyciągnął mnie z samochodu. – Najważniejsza kazała mi na siebie długo czekać.
         Znów poczułam, jak gwałtownie wali mi serce. Wiedziałam też, że niektóre dziewczyny podsłuchują. I są w równym szoku co ja.
         - Skąd ta mina? – zapytał nagle, gdy odwróciłam głowę z niewyraźną miną.
         - Mówisz, jakbym była twoją dziewczyną – burknęłam, tym samym mówiąc na głos to, co sama sobie tłumaczyłam.
         Na pewno nie wybrałby mnie – czemu mówi takie rzeczy?
         Jego ręce puściły mnie, a ja bez słowa weszłam na chodnik.
         - A byłoby to takie straszne? – dobiegło mnie, i zaraz usłyszałam piski i jęczenie dziewczyn naokoło.
         Stanęłam w miejscu. Po co on to powiedział? Dobrze wiedziałam, że nie ma tego na myśli...
         - Aniołku? – usłyszałam nagle jego poważny głos.
         - Aniołku?! – zawołały wszystkie dziewczyny w szoku.
         - Dante – zaczęłam, podejmując grę. Chyba zrozumiałam, co się dzieje. – Pamiętasz – spojrzałam na niego z uśmiechem – jak zaczęła się relacja Kurilana i C18?
         Zobaczyłam zaskoczenia na twarzach dziewczyn i słyszałam szepty w stylu „o czym ona gada”?
         Tymczasem Dante uniósł brew i uśmiechnął się mrocznie... na ten widok dziewczyny aż załkały. Wyglądał jak... ciastko, które wiedzie do zguby – uświadomiłam sobie.
         - A więc to tak – zaczął i podszedł do mnie, jak zwykle nade mną górując. Nie byłam niska jak na swój wiek, lecz przy nim czułam się trochę jak krasnal. Nachylił sie do mnie, znów tak blisko, że poczułam zdradziecki rumieniec. – Masz zamiar zgrywać niedostępną?
         - Nie – wyznałam. – Ja Będę niedostępna – oznajmiłam i odwróciłam się tyłem do niego.
         - Uparciuch – stwierdził i zrównał ze mną krok. – Ale wiesz, za bardzo się zdradzasz.
         - Ja? Czym? – zapytałam. – To Ty uderzasz do mnie – powiedziałam po raz pierwszy w życiu.
         Bo po raz pierwszy byłam w takiej sytuacji i zdziwiona nie czułam się ani trochę zawstydzona. Było tak może dlatego, że miałam świadomość, że robił to dlatego, żeby podnieść mi trochę morale w szkole... Jednak koniec końców było to miłe.
         Nagle złapał mnie i przytulił przy wszystkich. Zaskoczona zamarłam.
Wyczuł to, bo zaraz usłyszałam jego szept przy uchu:
         - Myślisz, że robię to dlatego, żebyś lepiej wyglądała przed szkołą?
         - Skąd wiedziałeś co... – zaczęłam, ale ona wtedy spojrzał na mnie poważnie.
         - Nie wierzy mi – mruknął. – Myśli, że udaję. Jak ją przekonać? – nagle jego wzrok padł na moje usta a mi zaparło dech, zwłaszcza, gdy mówił dalej: - A jeśli ją pocałuję – zaczął z namysłem, ciągle udając, jakby gadał do siebie. – Może wtedy uwierzy, że lubię ją bardziej niż trochę?
         - D-Dante... – zaczęłam, w końcu naprawdę zawstydzona.
         - Hmm... Czerwieni się – mówił dalej. – Co to znaczy? Czy to znaczy: lubię go? Czy może: tylko mnie zawstydza? Hm... chyba muszę sprawdzić – oznajmił i zaczął się nachylać.
         Gdy już niemal dotykał moich ust, odchylił się gwałtownie i między nami przeleciała... piłka.
         - Ty... – zaczął złym tonem, patrząc w bok. – Co ty tu u licha robisz?
         - Ja? – zapytał mężczyzna w ciemnych okularach znudzonym tonem. – Jestem tu nauczycielem dzieciaku. A ty właśnie przyprawiłeś tą dziewczynę o palpitacje.
         - Ty to zrobiłeś – warknął. – Niemal walnąłeś nas tą piłką!
         - Uratowałem tą dziewczynę przed twoją rozwiązłością knypku! Do szkoły!
         Dante parsknął i dopiero wtedy na mnie spojrzał.
         Jak zobaczył moją minę, aż zamrugał.
         - Przepraszam – powiedział w końcu. – Ale widzimy się na przerwie – oznajmił mi.
         Chciał odejść, ale moja ręka jakby sama złapał go za koszulę.
         - Mari? – zapytał.
         On nie udawał – uświadomiłam sobie z drżącym sercem. – Ja naprawdę mu sie podobam.
         Miałam spuszczony wzrok, ale zaraz zawzięłam się w sobie – musiał wiedzieć, że... że ja też go lubię. Pokuśtykałam do niego i uniosłam się na palce. Czerwona cmoknęłam go w policzek.
         Po chwili usłyszałam:
         - Czyli, nie będziesz jak C18? – zapytał cicho.
         Uśmiechnęłam się i odparłam tylko:
         - Do przerwy.

Rozdział 7

Dante

         Gdy odchodziła, stałem przez chwilę patrząc za nią. Jednak w końcu nie wytrzymałem i dotknąłem policzek, w miejscu, gdzie mnie pocałowała – ciągle go tam czułem.
         - Faktycznie cię wzięło – usłyszałem głos wujka, który był nauczycielem lekcji WF w szkole i zarazem instruktorem, o którym mówiłem Marielle.
         Stał obok mnie i razem patrzyliśmy na nią, póki ta nie znikła w szkole.
         Nagle jednak zobaczyliśmy jak przystaje niepewnie i obraca się, by posłać mi uśmiech. A mi jak zwykle w tej sytuacji mocniej zabiło serce.
         - Dante – odezwał się nagle, odpalając papierosa. – Wiesz, że musisz ostrożnie wybrać. – Wypuścił dym z ust. – Każdy z nas przez to przechodził – przypomniał. – Pierwsze miłości są zwykle najgorsze – powiedział. – Trudno jest oddzielić zainteresowanie od prawdziwego uczucia.
         - Zawsze mi powtarzacie, że decyzja sama się podejmuje – przypomniałem.
         - Bo tak jest – przyznał od razu. – Jednak masz dopiero trzynaście lat, a ona dwanaście. Trochę szybko, nie uważasz? Nawet jeśli coś poczułeś, może to nie być akurat to...
         - Wujku – przerwałem mu. – Ty nic nie rozumiesz. Żadne z was nie jest w stanie zrozumieć tego, przez co przechodzę każdego dnia – u was było inaczej.
         Poczułem na sobie jego wzrok.
         - Chcesz powiedzieć... że ona rozumie?
         Milczałem.
         Wuj westchnął.
         - No cóż, skoro to faktycznie to, to życzę wam jak najlepiej. Jednak... Co zrobisz, jeśli ona nie zaakceptuje faktu, że nasza inność, jest aż Tak inna?
         Poczułem, jak ręce zaciskają mi sie w pięści.
         - Czyli nie myślałeś nad tym – odezwał się widząc to. – No cóż, czas pokaże, o ile twoja decyzja jest słuszna. A teraz. – Poczułem lekkie stuknięcie w głowę. – Spadaj na lekcje, już po dzwonku.
        
         Po raz pierwszy siedząc w klasie, czułem, że chcę by lekcja już się skończyła i nastała przerwa. Nie wiedziałem, czy się zakochałem – jednak coś we mnie, odkąd tylko ją zobaczyłem, chciało być przy niej.
         Wuj miał rację, nadal byliśmy dziećmi – jednak to nie umniejszało faktu, że potrafiliśmy się zakochać i to szczerze. Tak mocno, by mogło to przetrwać całe nasze życie.
         Kiedy zobaczyłem kartkę na swoim stoliku, westchnąłem cicho. Nie miałem ochoty czytać rozczarowań dziewczyn na temat faktu, że to Marielle poświęcałem dziś uwagę.
         Jednak po chwili otworzyłem tą kartkę, bo to co się na niej pojawiło zaniepokoiło mnie.
         Przeczytałem:
         „Dante? Nie Dante? Oto jest pytanie! Czyżbyś znalazł sobie dziewczynę?”
         Wziąłem długopis i napisałem pod tekstem:
         „Nie twój interes. Kim jesteś?”.
         Na kartce pod moim pismem wypalił się litery:
         „Jestem kimś takim jak Ty. Z tym, że ja jeszcze nie znalazłem sobie dziewczyny...”.
         Następne słowa sprawiły, że poderwałem się i wybiegłem z klasy, goniony krzykami nauczycielki.
         „Dlatego z chęcią zabawię się z Twoją”.
        
         Wpadłem do klasy Marielle zdyszany i zobaczyłem, że jej w niej nie ma.
         - Dante? – Pani Filcz odezwała się, widząc mnie. – Czemu nie jesteś na lekcji?
         - Marielle – wydyszałem. – Gdzie jest Marielle?
         - Marielle? Nie było jej dziś na lekcji – powiedziała. – Ktoś z was ją widział? – zapytała klasę.
         - A kogo ona obchodzi? – zapytał jakiś chłopiec.
         Poczułem, jak rośnie mój gniew. Po chwili chłopak zaczął gwałtownie kaszleć, nie mogąc złapać tchu.
         - Widziałeś ją czy nie? – zapytałem wściekle, aż wybałuszył oczy.
         - Nie – zdołał powiedzieć.
         - Ja ją widziałam – odezwała się jedna z dziewczyn. Od razu poznałem, że jest jedną z takich jak ja. – Była z jakimś facetem, pomagał jej przed lekcją wejść do gabinetu pielęgniarki.
         Po tych słowach wybiegłem i pognałem do gabinetu.
         - Ej, Dante? – usłyszałem zaskoczonego wujka, gdy biegłem koło boiska. Gabinet był w innym budynku.
         Kiedy wpadłem do środka, od razu poczułem moce takiego jak, rozpostarte w pokoju.
         - Marielle!

Rozdział 8

Marielle

         Dryfowałam w pustce, czując się niczym. Nie kontaktowałam, moje serce i umysł były puste niczym biała kartka.
         Nic mnie nie obchodziło, bo nic nie czułam.
         Dlaczego więc z moich uczy leciały łzy?
         - Hm, myślałem, że będzie z tobą więcej zabawy – usłyszałam głos.
         Głos należał do faceta. Jednak nie znałam go. Zresztą nie obchodziło mnie to, chciałam tylko tak trwać. Dryfować pośród tej pustki, nie czując żadnego bólu.
         - A co my tu mamy? – usłyszałam jego głos. – Czyżby ten laluś już dał ci prezent? O, patrzcie, pierścionek – i to jaki! Jakie to słodkie – jego głos ociekał jadem. – Zaraz zabiorę ci go, co ty na to? Hehe, wiem, że nie powiesz „nie”. W końcu nie chcesz czuć. Wolisz żyć bez bólu.
         - ... – moje usta otworzyły się, chcąc przyznać mu rację, jednak nie dobył się z nich żaden dźwięk.
         - Ciekaw jestem – poczułam dotyk jego ręki na klatce piersiowej - czy on cię pocałował, czy chociaż raz poczuł z tobą tą przyjemność. Choć to i tak nie ma znaczenia. Teraz taka pozostaniesz – pusta, bez bólu. A on będzie przez to cierpiał. Ja sobie tymczasem wezmę to. – Złapał za mój naszyjnik, gdy usłyszałam inny głos:
         - Marielle!
         Moje serce nieoczekiwanie mocniej zabiło.
         - Hm... czyżby już nas znalazł? No proszę. Rycerz przybył.

Rozdział 9

Dante

         Kiedy przełamałem barierę w gabinecie, zobaczyłem coś, od czego moje serce stanęło i objęło je przerażenie.
         Marielle leżała bezwładnie na łóżku, jedna jej rękę była na ziemi, a głowa zwisała w dół, odsłaniając szyję.
         Jej oczy były puste, choć ciekły z nich łzy.
         Poczułem zew mojej prawdziwej natury, gdy spojrzałem na faceta obok niej, trzymającego naszyjnik, który jej dałem.
         Patrzył na mnie z drwiącym uśmiechem.
         - No proszę. Rycerz przybył. – Odezwał się. – Choć może powinienem powiedzieć: Demon przybył?
         Poczułem, jak moja moc rośnie, przemieniając mnie.
         - Puść ją. Odczyń to! – zagrzmiałem.
         - Och, ale ona wcale tego nie chce – powiedział rozbawiony, a ja zacisnąłem zęby, próbując opanować własne moce. – Prawda moja słodka? – zapytał ją. – Właśnie czkaliśmy aż przyjdziesz – powiedział. – Jestem Raiko – przedstawił się. – I właśnie spełniłem jej największe marzenie.
         Drgnąłem, patrząc na niego.
         - Nie wiesz, co to za marzenie? Ojej. Będę dobry i ci je wyjawię: Ona pragnie spokoju. Nie chce czuć więcej bólu, chce tylko spać, spać i spać... – zaczął się śmiać. – A więc to zrobiłem. Zesłałem na nią nicość.
         Zelektryzowało mnie to.
         - Odczyń to! – wrzasnąłem.
         - O nie – odparł od razu. – Chcę widzieć jak cierpisz – wyznał. – A najlepiej zrobię to, zostawiając ją taką. Ona już nigdy nic nie poczuje. Będzie tylko warzywkiem... – zamarł, gdy jej ręce objęły tą, którą trzymał na naszyjniku.
         Skorzystałem z okazji i otworzyłem przejście za nim, by mocnym podmuchem mocy wrzucić go w niego.
         - Dorwę cię jeszcze! – zawołał, nim portal zamknął się za nim.

         Więc to tak wygląda – odezwała się moja matka, gdy siedzieliśmy w szpitalu przy Marielle, czekając na przyjazd jej rodziców. – Od razu obrał ją za cel – spojrzała na nią i zobaczyłem w jej oczach troskę.
         - Tak – przyznałem, siedząc obok niej i trzymając jej bezwładną rękę. – Nie pomyślałem nawet, że ktoś może chcieć ją skrzywdzić – wydusiłem.
         - Nie poznałeś go? – zapytała mnie.
         - Nie. Dlatego nie rozumiem – wyznałem. – Jak mógł zrobić coś takiego? Dlaczego?
         - Córeczko... – usłyszeliśmy od progu i mama Marielle wpadła do pokoju.
         Za nią wszedł jej ojciec, po którym najwidoczniej Marielle odziedziczyła blond włosy i fiołkowe oczy.
         Patrzył na córkę z bólem, jakby dopiero po chwili zauważywszy, że także tu jesteśmy.
         - Co się stało? – płakała jej mama, głaszcząc jej włosy. – Dowiedzieliśmy się tylko, że straciła przytomność i nic do niej nie dociera.
         - Ty – ojciec Marielle nagle trzymał mnie za koszulę. – Czuję, że jesteś inny – odezwał się cicho, a ja pojąłem.
         Jej ojciec był jednym z nas.
         - Dlaczego jej nie obroniłeś? – wycedził.
         - Shawn, proszę, zostaw go. Dante uratował Marielle spod kół samochodu.
         Wtedy spojrzał na nią zaskoczony.
         - To byłeś ty? – znów na mnie patrzył.
         - Tak – odparłem. – I nie chciałem, żeby coś jej sie stało – powiedziałem drżąco.  – Ja nie dobiegłem na czas – czułem, jak rośnie we mnie rozpacz, a łzy zamazują wzrok.
         Wtedy puścił mnie delikatnie.
         - Przepraszam mały – powiedział cicho.
         Pokręciłem głową i bezwiednie dotknąłem jej dłoni.
         - To Była moja wina.
         Wtedy rodzice Marielle i moja matka zaczęli rozmawiać. Nie słyszałem z tego wiele. Zrozumiałem tylko tyle, że ojciec Marielle także jest reinkarnacją demona, ale jego córka nic o tym nie wiedziała. Matka wiedziała, że pochodzenie ojca w pewien sposób wpłynęło także na i ich córkę, przez co ta była odpychana, jak większość z naszego ludu.
         Nie umieli jednak powiedzieć jej prawdy, czemu tak było.
         - Czyli ten facet rzucił na nią zaklęcie? – zapytał cicho jej ojciec. – Dante, wiesz, co to za zaklęcie? – zapytał mnie.
         Ja jednak uniosłem dłoń Marielle i przytuliłem ją do swoich mokrych oczu.
         - Dante? – moja mama zabrzmiała, jakby prosiła.
         A ja wyjaśniłem nie mogąc panować nad łzami.
         - Powiedział, że zesłał na nią „nicość”.
         Poczułem przerażenie każdego w pokoju.
         - Czy jest jakiś sposób, by to odczynić? – zapytała mama Marielle ze łzami.
         Jej mąż przytulił ją mocno.
         - Nie wiadomo. Czasami podobno ludzie sami wychodzą z tego stanu. Jednak... jest to tak rzadkie – wydusił z siebie. – Nie wiadomo nigdy, co tak naprawdę o tym decyduje.

Rozdział 10

Marielle

         Słyszałam wszystko, co się wokół mnie działo. Każde słowo, które odbierałam, na moment wyrzucało mnie z pustki, w której byłam.
         Chłonęłam każdą informację, jaka przelatywała przez moje uszy.
         Jednak nadal czułam, że pewna część mnie chce pozostać w ciemności, w której nie ma bólu.
         Codziennie ktoś koło mnie był. Czułam, że to jedna i ta sama osoba. Dłoń była ciepła i zawsze pojawiała się mniej więcej o tej samej porze.
         Ta dłoń była większa od mojej i zawsze mocno mnie łapała za rękę – czułam zawsze wtedy ochotę by odwzajemnić ów uścisk, jednak byłam na to zbyt słaba.
         Po jakimś czasie – nie wiem jakim, zaczęłam coraz bardziej przywiązywać się do tej ręki, do jej dotyku. A nawet do dźwięków naokoło.
         Pustka zaczęła mi ciążyć i zdałam sobie sprawę, że nie chcę już w niej być.
         I rozpoznałam w końcu głosy ludzi naokoło.
         - Jak ona dzisiaj?
         - Bez zmian – usłyszałam drugi szept.
         Rozpoznałam głosy mamy i taty.
         Czułam, że siedzą po jednej stronie koło mnie.
         - Czy on dziś też przyjdzie? – zapytała mama.
         - Tak, jego ojciec już go wiezie – głos taty był pełen smutku. – On jest taki młody – powiedział. – A zachowuje się, jakby był dorosłym mężczyzną.
         - Tak – przyznała cicho. – Zawsze marzyłam, żeby Marielle poznała kogoś takiego. Ale nie w ten sposób – rozpłakała się.
         - Cii... – niemal widziałam, jak tata tuli mamę.
         - Czy ona z tego kiedykolwiek wyjdzie? Znaleźliście cokolwiek o tym?
         - Nie wiele – wyznał. – Wiadomo tylko, że ktoś musi być przy niej cały czas. Ktoś, dla kogo będzie chciała wrócić.
         - Mówisz o partnerze? – zapytała. – Ona jest jeszcze taka młoda... Dante także, ale czy to na pewno partnerstwo?
         - Tylko on może o tym wiedzieć – powiedział cicho.
         - Ale Shawn, czy my nie za bardzo polegamy na tym chłopcu? Jest tylko rok starszy od naszej córki. Przed nimi całe życie. Nie możemy od niego wymagać by...
         - Pani Charlotte – usłyszałam głos, od którego kolejna część mnie zaczęła wychodzić z pustki. – Proszę tak nie mówić, ja sam chcę tu być.
         I po chwili czułam tę dłoń, znów ściskającą moją.
         - Obiecaliśmy sobie – powiedział cicho. – Obiecaliśmy sobie, że zawsze będziemy przyjaciółmi.
         Po chwili wyczułam, że rodzice wyszli z pokoju.
         Zaraz ktoś usiadł obok mnie na łóżku, czułam to wyraźnie i głaskał mnie po włosach.
         - Przyniosłem ci lekcje. Jak wyjdziesz z tego będziesz miała tonę nauki – powiedział. – Ale damy radę. Wykujesz to, choćbym miał ci wbić to do głowy, bo masz zdać tą klasę kapujesz? Wtedy oboje będziemy w gimnazjum, potem w liceum, a na końcu... na końcu zamieszkamy razem. I nie mów mi, że się nie zgadzasz. Obiecaliśmy coś sobie – będziesz mnie musiała zdzierżyć do końca swoich dni.
         Wtedy znów ujął moją dłoń i poczułam na niej pocałunek.
         - Aniele proszę – odezwał sie wtedy cicho z rozpaczą. – Wyjdź z tego.
         Poczułam, jak z moich oczu lecą łzy.

Rozdział 11

Dante

         Nagle aparatura monitorująca serce - serce, które przez ostanie tygodnie pikało w jednym, bardziej wolnym niż zwykle tempie, nagle przyspieszyło. Uniosłem gwałtownie głowę i ujrzałem, jak z jej oczu lecą łzy.
         - Marielle?! – krzyknąłem, i do pokoju wpadli lekarze, odsuwając mnie.
         Sprawdzali ją, badając, a mnie trzymał jej ojciec, bo wyrywałem się do niej, bojąc, że znów dzieje się coś złego, że...
         - Dziecko, jesteś w szpitalu – odezwał się nagle lekarz. A jedynym dzieckiem poza mną w pokoju była... – Powiedz coś, czy rozumiesz, co mówię?
         Wedy usłyszałem jej głos, cały zapłakany:
         - Dante...
         Wtedy jej ojciec mnie puścił i doskoczyłem, niemal przewracając pielęgniarkę.
         - Marielle – powiedziałem, łapiąc jej dłoń.
         I poczułem leciutki, lecz jednak uścisk jej małej ręki.
         - Jesteś – powiedziała przez łzy.
         - Tak, i nigdzie nie idę – obwieściłem, siadając na krześle.
         Wtedy zobaczyłem, jak próbuje się uśmiechnąć.
         - Spać – szepnęła i zaraz znów zasnęła.
         Jednak wszyscy odetchnęliśmy, gdy doktor powiedział:
         - Jest po prostu zmęczona – powrót wiele ją kosztował. Niech śpi. Dobrze by było, by miała teraz spokój...
         - Zostaję – rzekłem twardo, a lekarz zmierzył mnie wzrokiem.
         - No cóż, nie zabronię ci – powiedział. – Bo wygląda na to, że to ty ją sprowadziłeś. Jak można wchodzić między zakochanych? – rzekł dramatycznym tonem.
         Wszyscy wyszli, jednak ja byłem skupiony na Marielle.
         Mijały następne godziny, jednak nie odchodziłem od niej. Kiedy jej ojciec wszedł do pokoju, powiedziałem tylko:
         - Nie odejdę.
         - Wiem – wyznał i usiadł obok mnie. Oboje patrzyliśmy na Marielle. – Jesteście tacy młodzi – powiedział nagle. – Gdybym nie widział, jak się zachowujesz względem Marielle, nie uwierzyłbym, że nawet tacy jak my są w stanie pokochać tak mocno i tak szybko.
         - Sam nie sądziłem, że tak szybko to poczuję – wyznałem cicho. – Ale odkąd pierwszy raz ją zobaczyłem, poczułem w sobie coś dziwnego. Wtedy ona niemal wpadła pod ten samochód i znalazłem pretekst, by móc z nią porozmawiać.
         Poczułem jak kładzie mi rękę na ramieniu.
         - Dziękuję, że jesteś przy niej.
         - Nie – powiedziałem i spojrzałem na niego. – To ja dziękuję, że mi ją daliście.
         Uśmiechnął się.
         - Gadasz jak dorosły smyku – rozczochrał mi włosy.
         A ja po raz pierwszy poczułem, że mi to nie przeszkadza.
         - Jednak lepiej wracaj do domu – robi się późno. Zajmiemy się nią.
         Spojrzałem na Marielle. I podjąłem decyzję.
         - Zastaję na noc.
         - Ej, mały – rzekł nagle na wpół zirytowanym, na wpół rozbawionym głosem. – Nie jesteś jej mężem, ani chłopakiem, z tego co się zdążyłem dowiedzieć.
         Poczułem, że zaraz zacznę się dąsać.
         - Nie zdążyła się zgodzić – powiedziałem. – Miałem się ją jeszcze raz spytać na tamtej przerwie...
         - A jakby się nie zgodziła?
         - To bym naciskał, aż by odkryła, że nie może beze mnie żyć – rzekłem pewnie.
         Usłyszałem stłumiony śmiech.
         - Nie wiem czemu, ale naprawdę cię lubię dzieciaku. Dobra, zostań, ale sam wyjaśnisz to rodzicom.
         Bez słowa sięgnąłem po komórkę do kieszeni i zadzwoniłem do rodziców.

Rozdział 12

Marielle

         Byłam znów pośród ciemności, jednak tym razem nie była ona pełna pustki, tylko pełna ciepła.
         Otworzyłam oczy i przez chwilę tak leżałam, próbując się oswoić z mrokiem dookoła.
         Rozejrzałam się i zdałam sobie sprawę, że jestem w szpitalu i jest noc. Nie byłam jednak w tamtym pokoju, w którym pamiętam, że mówiono mi właśnie, że tu jestem, tylko w innym, normalnym, nie tak naszpikowanym elektroniką i przede wszystkim z oknem obok mnie, przez którego zaglądał księżyc.
         Przez chwilę patrzyłam na niego i poczułam, że swędzi mnie ręka.
         Powitałam to uczucie z radością. Nie było juz pustki. Znów czułam, nawet jeśli było to coś tak wkurzającego jak swędzenie.
         Uniosłam prawą rękę z wysiłkiem i zaraz usłyszałam zaspane:
         - Aniołku?
         Wtedy mój wzrok padł na moją lewą stronę, gdzie siedząc na krześle, niemal cały położony na mojej kołdrze, budził się Dante.
         Patrzyłam zaskoczona jak wyciera oczy i zaraz sięga do stoliczka obok mnie.
         - Pewnie chce ci się pić – powiedział zaspany i usiadła bliżej mnie. Podłożył rękę pod moją głowę by ją unieść i przyłożył mi kubek do ust.
         Gdy poczułam wodę, od razu zaczęła pić.
         - Spokojnie – powiedział cicho. – Jest jej pełno.
         Wtedy poleciały mi łzy.
         - No już – poczułam, jak tuli twarz do moich włosów. – Już jest dobrze. Ocknęłaś się. Wyszłaś z tego.
         Wtedy zabrał pusty kubek i przytulił mnie mocno.
         - Tak się cieszę – szeptał płacząc. – Tak się cieszę – tulił mnie coraz mocniej, coraz bardziej desperacko.
         Znalazłam siłę i drżącymi dłońmi objęłam jego ręce, wtulając się w niego.
         - Dante... – zaczęłam cicho.
         - Nic nie mów – poprosił. – Lekarze mówili, że możesz mieć kłopoty z pamięcią. Że możesz być wykończona. Ale to nie ważne, wszystko sie odzyska, wszystko...
         - Ale ja pamiętam – wychrypiałam. – Pamiętam... nawet to co mówiliście jak czułam tą pustkę.
         Zesztywniał zaskoczony.
         - Pamiętam – wtuliłam się w jego ciepłe ramiona. – To, że zawsze ktoś był obok mnie. I zawsze o mniej więcej tej samej porze co dnia ktoś trzymał mnie za rękę. Później się zorientowałam, że to byłeś ty.
         - Pamiętasz to? – wydusił.
         - Uhm... Słyszałam też twój głos – wyznałam cicho. – To on... powoli pomagał mi wrócić z tej pustki. Chciałam cię dotknąć. A teraz... trzymasz mnie – poczułam znowu łzy, ale to były dobre łzy. – Nie jestem sama.
         - Mari... – usłyszałam i poczułam, jak unosi mnie delikatnie za brodę. Po chwili powiedział: - Naprawdę masz za długi język.
         I poczułam jego usta na swoich. Zaskoczona zamrugałam, ale zaraz zamknęłam oczy i oddałam pocałunek.
         Po chwili odsuwaliśmy się od siebie, czerwoni, jednak Dante patrzył na mnie przez chwilę i nagle spytał:
         - Czy jeśli pocałuję cię jak mężczyzna, to mnie wygonisz?
         Przez chwilę patrzyłam na niego z emocją.
         - A czy Goku uciekł jak się dowiedział, co to jest małżeństwo i wystawił ChiChi? – zapytałam żartobliwie.
         Po tych słowach, odkąd się ocknęłam, po raz pierwszy ujrzałam jego uśmiech.
         - To nie będzie grzeczny całus, taki jak przed chwilą – ostrzegł jeszcze, łapiąc delikatnie moją twarz w dłonie.
         - A jak mi nie wyjdzie? – zaniepokoiłam się.
         - Mamy całe życie, żeby na wszelki wypadek go dopracować – powiedział dużo niższym tonem, który o dziwo poznałam.
         Mojemu tacie tak zniżał się głos, gdy był szczęśliwy, i chciał pocałować mamę bardzo długo.
         - Tak – przyznałam, słysząc, że mój głos również zrobił się dziwny.
         Wtedy zbliżył się i mnie pocałował. Zaczął mnie całować inaczej i nagle poczułam, że jego język chce wejść do mojej buzi. Poczułam dziwny dreszcz i otworzyłam usta.
         Kiedy spotkały się nasze języki, po raz pierwszy poczułam się tak, jakbym do kogoś należała.

Rozdział 13

Dante

         Kiedy rano zaświeciło słońce, obudziłem się oszołomiony. Do tego...
         - No, no... Mały zboczuch z ciebie synu – mój tata siedział na krześle obok mnie, a ja leżałem na łóżku obok Marielle, która spała trzymając moją rękę.
         - Tato... – zacząłem, ale on uniósł rękę.
         - I ja i tata Marielle, wiedzieliśmy, że do tego dojdzie, także nie bój się, nikt cię nie złoi... choć gdyby to była moja córka, wisiałbyś za jaja. Shawn jest bardziej opanowany, niż się zdaje.
         - Uff... – odetchnąłem.
Nawet nie wiedziałem, że aż tak się tym martwiłem.
         - Wiesz cokolwiek na temat tego, czy coś pamięta? Poza twoja osobą oczywiście.
         - Powiedziała mi, że pamięta wszystko. Nawet to, że mówiliśmy do niej w tej „pustce”, jak to określała. Do tego... – Nagle zdałem sobie sprawę. – Była normalna. Żadnych zaników pamięci, żadnego próbowania przypomnieć sobie czegoś. Ona... – aż spojrzeliśmy z tatą na siebie – zachowywała się, jakby tylko spała przez jedną noc, a nie była pod wpływem zaklęcia, trwającego ponad trzy tygodnie.
         Spojrzeliśmy na nią. Spała cichutko, wyglądając jak mały aniołek.
         - Jezu, nawet nie pokazuj jej ojcu tego spojrzenia, bo nawet jego kontrola się skończy – powiedział tata, a ja aż poczułem, że się czerwienię.
         - Tato... – zacząłem unosząc się, ale w tym momencie jej ręka zacisnęła się na mojej i zobaczyliśmy, że się budzi.
         Zamrugała tymi ślicznymi fiołkowymi oczami i ziewnęła. Po chwili ocierała oczy i pytała:
         - Która godzina?
         Wtedy nas zauważyła.
         - Pan... – powiedziała patrząc na tatę. – Dante... – spojrzała na mnie i wtedy ewidentnie spaliła buraka. – Za.. – zaczęła i nagle popychała mnie, aż spadłem z łóżka na tyłek. – Za blisko!
         - Ej! – krzyknąłem przeciągle, próbując się podnieść, łapiąc za łóżko. – Za co to było?!
         - Za... za co? – zapytała i zaczęła zła: - Co robiłeś u licha na moim łóżku?!
         - Co robiłem? – zapytałem podirytowany. – A jak myślisz? Trzymałaś moją rękę tak mocno, że nie mogłem się uwolnić!
         - I to ci dało pozwolenie na leżenie w Moim łóżku?!
         - To łóżko szpitalne, ty pałko – rzekłem. – Każdy może tu spać.
         - Ale teraz to moje łóżko... – zaczęła, na co ja złapałem ją za policzek i ścisnąłem go. – Ej, nooo... – zaczęła jęczeć. – Puszczaj ty wstrętny...
         - Teraz jestem wstrętny? Ja ci pokażę kogoś wstrętnego.
         I zacząłem jej tarmosić włosy.
         - Przestań... Przestań! – i zaczęła się śmiać.
         A wraz z nią, rozległy się inne śmiechy połączone z płaczem.
         Zamarliśmy i spojrzeliśmy na drzwi.
         Stały tam nasze rodziny i lekarze.
Spojrzeliśmy na siebie kącikami oczu i zażenowani udawaliśmy oburzenie, odwracając się do siebie tyłem.
Oboje jednak wiedzieliśmy, że tylko udajemy.

Rozdział 14

Marielle

Jak się dziś czujesz?
Westchnęłam na te słowa i burknęłam:
- Jeśli jeszcze ktoś mnie o to spyta, to wytnę mu język.
Słysząc to, Dante uniósł głowę znad mojego właśnie zrobionego zadania i rzekł:
- Przepraszam za nią doktorze. Ta niewdzięcznica ma dość siedzenia w łóżku.
- Nie jestem niewdzięcznicą – burknęłam. - Tylko mam dość tego łóżka – zajęczałam. – Sami mówiliście, że spałam ponad trzy tygodnie, chcę chodzić.
- A jesteś w stanie? – zapytał doktor spokojnie. – Próbowałaś się podnieść?
Zrobiłam nadąsaną minę.
- Nie – przyznałam.
- Dlaczego?
Zagryzłam wargę, ale milczałam.
Wtedy doktor uśmiechnął się.
- Psychicznie wyszłaś bez szwanku z tej śpiączki – powiedział, nie kryjąc zdumienia. – Jednak cieleśnie nie. Wiem, że bardzo byś chciała mieć więcej siły, jednakże obudziłaś się dwadzieścia cztery godziny temu. Musisz odpoczywać.
- Odpoczywać? – zapytałam i wskazałam na Dantego. – On nie daje mi pięciu minut wolnego czasu! Odkąd wrócił ze szkoły męczy mnie lekcjami!
- Bo masz do nadrobienia materiał – odezwał się do razu. – A jak chcesz zdać do gimnazjum, musisz to umieć – stuknął w kartkę i dodał: - Na razie nic nie rozwiązałaś dobrze.
- Nie wymagaj od niej aż tyle – poprosił doktor. – Mimo wszystko, jej stan...
- Jej stan jest nadzwyczaj dobry, a poza tym powinna ćwiczyć mózg, żeby jeśli cokolwiek było nie tak, można było zapobiec rozrostowi.
Doktor zamrugał zaskoczony.
- Faktycznie, tak jest. Jednak musi tez odpoczywać. Dlatego nie zamęczaj je dalej i po prostu porozmawiajcie.
- Właśnie – mruknęłam. – Słuchaj doktora.
- Dobra – zamknął z trzaskiem zeszyt. – A więc pogadajmy o tym, jak mi się odpłacisz za ponowne uratowanie ci życia.
- Ponowne? – prychnęłam. – Sama z tego wyszłam.
Wtedy usłyszałam w progu:
- Co to za dzieciaki, które już w tym wieku zachowują się jak stare dobre małżeństwo? Dziwne to wszystko – po tych słowach doktor wyszedł.
Milczeliśmy przez chwilę. Nagle Dante powiedzaił:
- Wiesz, po raz pierwszy słysząc to słowo, nie czuję się źle – powiedział. – A ty?
Uśmiechnęłam się od razu.
- Ja też – przyznałam i padłam na poduszkę.
W końcu zapytałam Dantego o coś, co bardzo chciałam zapytać, odkąd się ocknęłam.
- Dante... tamten facet – spojrzałam na niego.
Od razu spojrzał na mnie w napięciu.
- Facet? – zapytał niechętnie. – Jaki facet?
- Wiesz który – odparłam cicho. – Co on mi zrobił? – zapytałam.
Otwierał powoli usta, ale dodałam:
- Nie okłamuj mnie tylko, proszę. Ja... – ścisnęłam naszyjnik od niego – niemal go straciłam, próbują z tym walczyć.
Jego oczy wypełniły emocje. Po chwili zamknął je i usiadł obok mnie na łóżku.
- Jak myślisz, co ci zrobił?
Patrzyłam na niego i wyznałam:
- Wiem, że to było zaklęcie.
Dostrzegłam, że jego ręce zacisnęły się na brzegu łóżka.
- Czy się mylę? – zapytałam, ale on milczał.
- Czyli ze mną jest naprawdę coś nie tak – zaczęłam smutno.
- Nie jest – odparł od razu i w końcu na mnie spojrzał. – Jednak to nie jest miejsce na tą rozmowę. I nie wiem tak naprawdę, czy to ja powinienem ci o tym powiedzieć.
- Więc powiedz coś innego – poprosiłam. – Czy... – zamilkłam i ścisnęłam kołdrę zażenowana. – Czy nadal mnie lubisz?
- Nie – odparł od razu, a moje serce stanęło. – Byłem tu tylko dlatego, że nikt inny nie chciał przy tobie siedzieć.
Poczułam, jak moje oczy momentalnie zasnuwa pustka...
- Czy myślisz, że to ci powiem? - dobiegło mnie i nagle Dante stał nade mną na czworaka. – Czy oczekiwałaś ode mnie tych słów?
Patrzyłam na niego tylko. Nawet nie wiedziałam, co wyraża teraz moja twarz.
Jednak jego mina stała się zła. Był wściekły.
Zaraz jednak zamknął oczy, wziął głęboki oddech i się uspokoił.
- Jesteś niesprawiedliwa, wiesz? – powiedział tylko i zaraz jego usta wylądowały na moich.
Moje dłonie zacisnęły się na kołdrze, gdy całował mnie tak jak w nocy.
- Myślisz – odsunął się po jakimś czasie lekko dysząc. – Że całowałbym cię tak, gdybym cię nie lubił?
Sama także lekko dyszałam, patrząc na niego.
- Myślisz, że bym przy tobie siedział, gdyby mi na tobie nie zależało?
- Dante... – zaczęłam przejęta.
- Pytałem cię raz, i teraz pytam ponownie. Zostaniesz moją dziewczyną?
Wtedy poczułam łzy i śmiech jednocześnie. Uniosłam się, objęłam go za szyję i wyznałam:
- A czy Bulma i Vegeta, randkowali?
Odwzajemnił uścisk ze śmiechem.
- Pamiętam, że ich randki polegały na tym, że ona go uleczała, kiedy dał sie zbić.
- Właśnie – szepnęłam.
Milczał.
Oboje wiedzieliśmy, że jesteśmy inni. I coraz bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, jak inny był... jak oboje byliśmy.
Jednak nie znałam jeszcze całej prawdy. Wiedziałam, że poznam ją, jak opuszczę szpital. Dlatego powiedziałam:
- Chcę stąd wyjść jak najszybciej. Chcę poznać cię całego.
- Y... – zesztywniał. – Masz pojęcie jak to zabrzmiało? – zapytał nagle. – A mówią, że to ja jestem zboczony.
- Co? – momentalnie spaliłam buraka. – Nie miałam Tego na myśli! Głupek!
Odskoczył ze śmiechem, kiedy zamachnęłam się na niego książką.
Jak się później okazało, była to jedna z piękniejszych chwil w moim życiu.


Rozdział 15

Dante

Marielle udało się podnieść z łóżka dopiero po kilku dniach – a dokładniej, dopiero wtedy znalazła w sobie dość siły, by spróbować.
Chciałem przy niej być, gdy będzie ćwiczyć, jednak jak przyjechałem do szpitala, ona była już w trakcie ćwiczeń.
Od razu zauważyłem, że nie tylko na twarzy zeszczuplała, ale i na ciele. Jej nogi, kiedyś trochę konkretniejsze były teraz bardzo szczupłe, niemalże chude, podobnie jak reszta jej ciała.
Jednak ja ciągle czułem to samo. Nadal czułem, że ją kocham. I nadal pragnąłem, by nigdy się z nią nie rozstawać.
Chodziłem na lekcje tylko dlatego, żeby móc zbierać jak najwięcej informacji, by później móc jej pomagać w lekcjach. Jednak by to robić, sam musiałem się dobrze uczyć.
Przez ten czas jak „spała”, zaraz po szkole przyjeżdżałem z książkami i uczyłem się przy niej w ciszy zarówno swojego materiału, jak i przypominając sobie to co już się uczyłem ten rok temu, patrząc na notatki, które po każdych lekcjach dawała mi jedna z dziewczyn z jej klasy – ta, która powiedziała mi, gdzie mogłem znaleźć Marielle tamtego dnia. Nie prosiłem jej o to – sama robiła te notatki i każdego dnia pytała, jak ona się czuje.
Kiedy powiedziałem, że się ocknęła, zobaczyłem prawdziwą ulgę na jej twarzy. Dzisiejszego dnia jednak, jak powiedziałem, że będzie znów ćwiczyć chodzenie, w końcu wyjaśniła mi, dlaczego tak się zachowuje:
- Wiem, że jesteś zdziwiony tym, co robię, ale... Jest mi wstyd za to, jak klasa ją traktowała. Nigdy nic do niej nie miałam, ale sam wiesz jak z nami jest – jeśli nas zaakceptują, chcemy to utrzymać. Bałam się, że klasa i mnie znów oleje jak... Tak czy siak – zmieniła słowa. – Proszę przeproś ją ode mnie. I powiedz, że życzę jej, by wróciła do nas cała i zdrowa.
Patrzyłem na nią chwilę i w końcu powiedziałem:
- Przekażę jej. Ale coś ci powiem. Lepiej jest mieć jedną bliską osobę, niż dziesiątki ludzi, dla których nie jesteś niczym innymi jak tylko obiektem zainteresowania.
Chciałem odejść, kiedy powiedziała:
- Czy ona jest twoją partnerką?
Przez chwilę milczałem, ale zaraz poczułem, jak rozsadza mnie ciepło.
- Tak – przyznałem po raz pierwszy otwarcie. – Ciekaw jestem co zrobi, jak jej to uświadomię – zachichotałem złośliwie. – Pewnie dostanę książką w łeb, albo...
I tak skończyła się nasza rozmowa – z moim złośliwym chichotem i jej zbaraniałą miną.
- Dante? – usłyszałem w tym momencie jej głos.
Uśmiechnąłem się, znów czując w sobie ciepło.
- Tak aniele? – zapytałem.
- Nie nazywaj mnie tak – burknęła wtedy, zaglądając na pielęgniarki, które widocznie poczerwieniały.
- Czemu? – zapytałem.
- Bo nie jestem aniołem – odparła. – Poza tym to zawstydzające.
Poczułem, jak moją twarz rozciąga ciepły uśmiech.
- Nie wiem, czy wiesz, ale imię „Marielle” jest jednym z niebiańskim imion. Także „aniołek” jak najbardziej pasuje.
- D... Dobrze kochani, starczy, starczy – pielęgniarka przerwała nam. – Kochanie spróbuj zrobić jeszcze ze dwa kroki.
- Dobrze. - Wtedy odwróciła się w moją stronę i sięgnęła po kule, które były oparte o barierki przy których ćwiczyła.
- Ale kochanie, na to za wcześnie! – zawołała.
- Chcę... iść... tam... – cedziła, próbując podejść w moją stronę.
Udało jej się zrobić nie dwa, a trzy kroki, kiedy nogi zaczęły jej się mocno trząść.
- Nie podchodź! – krzyknęła na mnie, gdy upuściłem torby, gotów do niej podbiec. – Nie waż się ruszyć – jej ciało było całe z potu, dyszała, a nogi odmawiały posłuszeństwa. A jednak próbowała iść.
- Dziecko, nie masz na tyle siły - zaczęła pielęgniarka, chcąc ją powstrzymać.
- Nie... – wydyszała Marielle. – Proszę... chcę sama... chcę do niego podejść...
Pielęgniarka patrzyła na nią w szoku. Marielle kuśtykała w moją stronę. Jej kostka była zdrowa, w czasie jej „snu” się wyleczyła. Jednak jej siły były mocno ograniczone.
Kiedy zobaczyłem, że niemal nie widzi z wysiłku. Ruszyłem do niej.
- Nie... – nadal walczyła, choć niemal mdlała z wycieńczenia. – Nie podchodź... sama...
Stanąłem przed nią i wyciągnąłem ręce.
- Dobrze, sama.
Spojrzała na mnie wycieńczona i ostatkiem siły woli zrobiła krok, po czym wpadła w moje ramiona, aż usiadłem z nią na ziemi, by nie musiała stać.
- Jesteś niesamowita – szeptałem, tuląc ją. – I uparta jak osioł.
Nie odpowiedziała, wiedziałem, że nie ma już sił. Dyszała tylko wycieńczona, obejmując mnie. A ja w tym momencie nie pragnąłem niczego więcej, jak nie puszczać jej do końca życia.


Rozdział 16

Marielle

Wygrałaś dziecko, a raczej oboje wygraliście – mój doktor był wyraźnie pokonany. – Jutro rodzice mogą zabrać cię do domu. Ale! – zaczął. – Masz jeść co najmniej trzy posiłki, nie nadwyrężać się i... – uśmiechnął się – i dużo się uczyć, żeby nie poszło na marne to co wkuwaliście przez ostatnie dwa tygodnie. Zrozumiano?
- Tak jest! – odparłam, ciesząc się jak głupia.
Kiedy doktor wyszedł spojrzałam na Dantego.
- Super nie... – zamilkłam, gdy zobaczyłam jego minę.
Był wyraźnie nadąsany.
- Dante?
- Tak, to super – przyznał od razu. - Ale...
- Ale? – zapytałam, gdy zamilkł.
- Ale już nie będzie tak jak do tej pory – wyjaśnił cicho.
- Nie – przyznałam. – Będzie lepiej – stwierdziłam.
- Lepiej? – wyglądał na nieszczęśliwego.
- Tak – rzekłam do razu. – Wrócę do domu, a ty będziesz w końcu mógł do mnie przyjeżdżać - nie do szpitala, tylko do domu... Kurczę, nie wiem jak mój pokój wygląda – rzekłam nagle zastanawiając się. – Chyba będę musiała jeszcze po sprzątać. Także na razie będziemy się widywać w salonie. Nie wiem, ile mi to zajmie, więc...
- Czekaj – przerwał mi.
- Hm, co tam? – zapytałam unosząc wzrok.
- Mówisz, że mogę przyjeżdżać jak do tej pory? Chcesz... chcesz bym nadal to robił?
Zamrugałam i nachyliłam się do niego, tak jak on zwykle nachylał się do mnie.
- A nie chcesz już być ze mną?
Zrobił się lekko czerwony i odchrząknął w bok.
- Bardziej myślałem, że to ty masz mnie dość – wyznał. – W końcu nawiedzam cię od ponad miesiąca... – złapałam go za policzki. – Co? – zapytał, patrząc lekko nadąsany, ale ciągle czerwony.
Chciałam coś powiedzieć, ale tego nie zrobiłam. Zamiast tego pocałowałam go krótko.
Jego oczy lekko pociemniały.
- To miał być pocałunek? – zakpił złośliwym i rozbawionym tonem jednocześnie. Używał go bardzo często, gdy o mnie chodziło. – Stać cię chyba na więcej?
- Dostaniesz go, jak mi wyjaśnisz, co cię łączy z tamtą dziewczyną.
- Nic, tłumaczyłem ci. Nie wszyscy są przeciwko tobie.
- Ale... Jak ona mogła być dla mnie tak miła? Przecież te notatki to kupa roboty.
- Nie wszyscy są tacy jak reszta, niektórzy z nas są inni. Ja... – odgarnął mi kosmyk z czoła. – Ty. Są też inni, którzy także są samotni, i szukają akceptacji. Niektórzy, którzy ją odnajdą, czepiają się jej kurczowo, nie potrafiąc jej puścić, by znaleźć tą jedną najbliższą osobę.
Poczułam rumieniec na twarzy i puściłam go.
- Mówisz, jakbyś kogoś takiego znalazł – powiedziałam. – Jeśli tak, to bardzo się cieszę – uśmiechnęłam się.
Zaczął patrzeć na mnie bardzo intensywnie, aż poczułam się nieswojo.
- Naprawdę tylko udajesz taką głupią, czy taka jesteś? – zapytał, a ja aż się żąchnęłam.
- Nie jestem głupia.
Wtedy ruszył się szybko, złapał mnie za ręce i leżałam unieruchomiona na łóżku, z rękami przyciśniętymi po bokach głowy.
- Więc dlaczego zgrywasz idiotkę? Naprawdę jesteś aż taka ślepa? A może to ja jestem głupi i tylko mi się wydaje, że coś do mnie czujesz?
  Zaczerwieniłam się.
  - Dlaczego się czerwienisz? – zapytał, nadal trzymając mnie jak w imadle.
  Uniosłam wzrok i wyznałam:
  - Bo boję się powiedzieć prawdę.
  - A kiedy przestaniesz? – zapytał.
  - C-co to za głupie pytanie? – zapytałam.
  - Bo ja wiem, kiedy ci wyznam prawdę – powiedział.
  Zamrugałam.
  - Powiem ją...
  - Marielle skarbie, mamusia i tatuś przyj... – zamarliśmy wszyscy.
  - Dzieciaku – usłyszeliśmy groźny głos mojego taty. – Jeśli cenisz swoje życie, wstań i wyjdź nim je stracisz.
  - Później – powiedział do mnie cicho Dante i uniósł się.
  Po chwili wychodził z pokoju z uniesionymi do góry rękoma, pod obstrzałem morderczego wzroku mojego taty.

Rozdział 17

Dante

  Dzisiejszy dzień  był dniem wyjątkowym i czułem się coraz bardziej podenerwowany.
  Minął tydzień, odkąd Marielle wróciła do domu i dziś pierwszy raz miała przyjechać odwiedzić mnie i moją rodzinę.
  Oczywiście ja widywałem ją codziennie, bo codziennie po szkole przyjeżdżałem do niej i uczyliśmy się tego, co miała danego dnia. Okazało się, że nadrobiła zaległości szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał i teraz szła normalnym programem, choć na razie w domu.
  Jej małe ciało nadal było bardzo słabe, jednak chodząc o kulach dawała radę chodzić już dość spory dystans.
  Dzisiejszy dzień był jednak wyjątkowy nie tylko z powodu jej przyjazdu.
  Rodzice powiedzieli jej część prawdy. Wiem, że wyznali, że jej ociec nie jest do końca człowiekiem i przez to ona także. Podobno bardzo dobrze to przyjęła, jednak nie miałem w to wglądu – wiem, że powiedzieli jej to dopiero wczoraj, na dodatek wtedy, gdy juz pojechałem.
  Dlatego nie wiedziałem, czego się spodziewać. Bałem się momentu, gdy zobaczy, jak bardzo „inny” jestem.
  - Denerwujesz się? – tata przysiadł obok mnie na schodach prowadzących do domu.
  - Kto, ja? – prychnąłem. – Nigdy.
  Zaśmiał się cicho.
  - Też byłem - wyznał.
  - Tato, przepraszam, ale ty jesteś w pełni człowiekiem.
  - Tak – przyznał. – Dlatego denerwowałem się podwójnie – wyznał.
  Spojrzałem na niego.
  Wyglądałem trochę jak jego młodsza wersja – był bardzo wysoki, ciemnowłosy i bardzo troskliwy.
  Oczy jednak miałem po mamie.
  - Czemu się denerwowałeś?
  - Twoja mama, gdy powiedziała, że chce mi wyznać prawdę, była dokładnie  taka sama jak teraz. Trochę wyniosła, silna duchem. Ale ja zawsze wiedziałem, że pod tym kryła się kobieta, która stanie się moja. Coś we mnie zawsze ją akceptowało, a ona czuła to. A ja czułem, że jest w niej coś, co nie do końca należy do tego świata. Byłem kłębkiem nerwów, gdy stanęła wtedy przede mną i powiedziała, że jest reinkarnacją demona.
  - Co o tym pomyślałeś? – zapytałem. – Że kłamie? Czy uwierzyłeś i się przeraziłeś?
  - To dobre pytania - wyznał. – Nie sądziłem, że kłamie. Od razu wiedziałem, że mówi prawdę, nawet zanim pokazała mi swoją demoniczną postać.
  - Co zrobiłeś na jej widok? – zapytałem cicho.
  Zaśmiał się, czym mnie zaskoczył.
  - Znasz mamę. Nawet pod postacią ogromnego, demonicznego jaguara, promieniała tą swoją pewnością siebie i godnością. Jednak... to była fasada – wyznał z ciepłym uśmiechem, pogrążając się w tamtej chwili. – Kiedy napotkałem jej wzrok, mimo całej jej postawy, ujrzałem strach. Bała się mnie. Bała się tego, że ucieknę i ją zostawię.
  Nie umiałem sobie wyobrazić, jak bardzo mama musiała być przerażona tamtą chwilą. Jej postać nie była w żadnym stopniu ludzka, jedynie jej oczy były takie jak zwykle.
  - Ale jak widzisz, zostałem – kontynuował. – I choć twoja mama ma wiele wad, nigdy nie czułem się przez nikogo bardziej kochany, niż przez nią.
  - Powiedz mi tato, co zrobiłeś żeby ją przekonać, że się nie boisz?
  - Och, ależ ja się bałem – wyznał zaskakując mnie. – Bałem jak cholera. Kto by sie nie bał wielkiego demonicznego jaguara?
  - Ale...
  - Strach nie zawsze jest zły – powiedział. – Czasami trzeba go umieć zaakceptować by mieć to, czego się pragnie. A ja... kiedy patrzyłem tak na twoją mamę, a w jej oczach widziałem odbicie własnego strachu, zrozumiałem, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Ludzie, demony – wszyscy pragniemy jednego. Pragniemy być szczęśliwi – położył mi rękę na głowie. – I pragniemy być z tą jedyna osobą, którą szczerze kochamy.
  - Nawet jak jest to przerośnięty kot? – usłyszeliśmy i spojrzeliśmy do tyłu.
  Tata uśmiechnął się i zobaczyłem w jego oczach bezgraniczną miłość.
  - Ja lubią kotki – powiedział i wstał, by objąć mamę. – Szczególnie takie z dużymi pazurami - wyznał i pocałowali się.
  Odwróciłem wzrok. Im się udało i bardzo oboje z nich kochałem. Byli tak różni, a zarazem uzupełniali się jak żadne znane mi osoby... może poza rodzicami Marielle.
  A teraz to ja miałem przejść tę samą próbę. Oboje mieliśmy ją przejść. Czy nam się uda? Czy ona będzie w stanie mnie zaakceptować?
  Bałem się tego. Bałem się jak niczego w całym życiu.

  W pewnym momencie, gdy tak siedziałem na schodach, zaczęły zbierać się czarne chmury.
  W pogodzie mówili, że może padać, nie sądziłem jednak, że chmury aż tak szybko się zbiorą.
  Czekałem jednak dalej, bojąc się z każdą minutą coraz bardziej, aż zatraciłem się we własnym strachu.
  Byłem reinkarnacją demona. Istoty kojarzonej z piekłem i śmiercią. A ona była światłem. Sam jej uśmiech powodował, że czułem się szczęśliwy.
  Do tego przeze mnie stało się jej to, co się stało. Nie zasługiwałem na nią. Nie zasługiwałem...
  - Dante? – drgnąłem gwałtownie, jednak nadal byłem osaczony przez te myśli. Uniosłem wzrok i zobaczyłem ją.
  - Marielle czekaj, pomogę ci wyjść – słyszałem te słowa, jednak ciemność ogarniała mnie coraz bardziej.
  - Nie ma czasu! – usłyszałem jej głos, widziałem, jak próbuje wysiąść z samochodu, jednak nie potrafiłem się ruszyć, by jej pomóc.
  Jeśli ją dotknę, stracę ją.
  - Dante! – krzyczała. - Dante! Tato! On jest pod wpływem zaklęcia!


Rozdział 18

Marielle

  Dante! – krzyczałam cały czas, próbując wydostać się z samochodu. – Dante!
  - Zostańcie tam – powiedział tata w momencie, gdy z domu wybiegła rodzina Dantego.
  Wszyscy po kolei próbowali do niego dotrzeć, jednak niemal każdy w pewnym momencie zostawał jakby odrzucony od niego. Tata tak samo. Czyli każde z nich było po części demonem... tak jak Dante.
  - Niby tyle was tu jest, a żadna z wami zabawa – usłyszałam znajomy głos i wyjrzałam z samochodu.
  - To ty! – krzyknęłam.
  - No proszę, ludzka dziewczynka zdjęła mój najlepszy czar – powiedział zaskoczony. – Może jesteś jednak bardziej interesująca od tych popłuczyn demonów.
  - Kim ty jesteś? – warknął mój tata.
  - Ja? Ja jestem tylko obserwatorem. Obserwuję jak bardzo demoniczna krew słabnie z każdym wiekiem. Myślałem, że ten dzieciak okaże się choć trochę silniejszy, jednak jak każdy z ludzką krwią ma słabości. Myślałby kto, że będzie nią własny strach przed odrzuceniem. I to odrzuceniem przez kogo? Dziewczyny! Śmiertelnej dziewczyny!
  - Oddaj mi syna – matka Dantego stanęła pośród deszczu, który zalewał nas ostrym strumieniami. - Oddaj mi moje dziecko!
  - Nie, nie oddam – rzekł. – Choć ma słabości, jest dużo silniejszy niż większość z was. I jest do tego młody – jego moc będzie rosła coraz bardziej wraz z wiekiem. Szkoda tylko, że jego partnerka nie ma żadnych mocy, wtedy byłby jeszcze silniejszy... ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, prawda?
  - Ty gnido – matka Dantego przeobraziła się na naszych oczach w ogromną czarną panterę i zaatakowała go.
  - Słabo – rzucił i po chwili kobieta leżała na ziemi porażona prądem.
  - Astra! – krzyknął jej mąż i nagle rozległ się strzał, który wstrząsnął oprawcą.
  - Co do... – zaczął wściekle, łapiąc się za ramię.
  Ujrzałam, że ojciec Dantego trzyma broń.
  - Nie myśl sobie, że skoro jestem człowiekiem, dam ci krzywdzić moją rodzinę!
  Wtedy wszyscy, którzy mieli geny demonów przeobrazili się i rzucili wraz z nim do ataku, łącznie z moim tatą, który okazał się być wielkim, srebrnym wilkiem.
  Zerknęłam na mamę, która patrzyła z samochodu na walkę.
  I postanowiłam działać.
  Udało mi się wyjść z samochodu i najszybciej jak umiałam na tej ulewie pokuśtykałam ślizgając się do Dantego, który siedział ciągle tak samo, z pustymi oczami... dopóki nie ujrzałam, co tak naprawdę się w nich kryło.
  - Dante – powiedziałam, i nagle i mnie trochę odrzuciło do tyłu, aż upadłam na ziemię – nie mogłam utrzymać równowagi w tych kulach.
  Zaraz jednak uniosłam się i zaczęłam podchodzić na czworaka.
  - Dante – sięgnęłam ostrożnie dłonią, aż nie natrafiłam na pole siłowe. Usiadłam przy nim, dokładnie naprzeciw niego i powiedziałam: - Dante, jesteś tam? To ja Marielle.
  Jego wzrok nadal był pusty.
  - Dante... Dante spójrz na mnie. Zobacz, przyszłam do ciebie. Nawet ładnie się ubrałam – pokazałam na swoją teraz brudną bluzkę. – Choć teraz jestem cała w  błocie. – Patrzyłam, czując coraz więcej łez, nie reagował. – Dante, twoi bliscy walczą. Pojawił się ten facet, to jego zaklęcie, to on każe ci myśleć to wszystko, to nie prawda. Cokolwiek myślisz to nie prawda, to tylko jego zaklęcie...
  - I tu się mylisz człowieczku – usłyszałam i odwróciłam się gwałtownie.
  Wszyscy leżeli na ziemi, a on, mimo że cały we krwi, nadal stał i uśmiechał się.
  - Jak to się mylę – zdołałam zapytać ze strachem.
  - To zaklęcie działa tak jak to, co rzuciłem na ciebie. Ty bałaś się pustki, ale sprawiłem, że czułaś się w niej dobrze.  On bał się odrzucenia... – wtedy uśmiechnął się dziko. – Więc sprawiłem, że pogrążył sie w takiej rozpaczy, że już nigdy nie wróci. A ja zabiorę go takiego, i zrobię z niego idealnego zabójcę, wychowam tą skorupę, aż będzie zabijać do końca swoich dni.
  - Dante! – krzyknęłam przerażona. – Dante! – i rzuciłam się na osłonę.
  Znów mnie lekko odrzuciła.
  - Ciekawe – więc masz w sobie trochę demonicznych cech – wtedy poczułam, jak łapie mnie za włosy i unosi.
  Krzyknęłam z bólu.
  Przysunął nos do mojej szyi i powąchał.
  - Ciekawy zapach – wyznał. - Coś mi przypomina...
  Ostatkiem sił, kopnęłam go w łydkę, tam gdzie pokazują najczęściej w mangach.
  Puścił mnie gwałtownie i upadł, zwijając się z bólu.
              - Dante! Cholera, Dante! – znów doskoczyłam do tej bariery. Znów chciała mnie odsunąć, ale zaparłam się resztka sił, jakie udało mi się odzyskać przez te parę tygodni ćwiczeń. Zaczęłam płakać. – Dante! Dante! On nas zaraz wszystkich zabije! Ocknij się!
  Wtedy mój naszyjnik wydostał się spod bluzki i dotknął bariery. Przestała mnie odrzucać i przywarłam do niej. Złapałam naszyjnik zdjęłam go z szyi i zaczęłam napierać dłonią z nim na barierę.
  - Ty mała... – usłyszałam i zanim zostałam brutalnie rzucona na ziemię zawołałam:
  - Obiecałeś mi!
  Gdy zaryłam głową o ziemię, zobaczyłam gwiazdy i ból rozsadził mnie od środka.
  - Jesteś większym utrapieniem niż ta cała zgraja – usłyszałam i ból rozsadził mi bok.
  Nigdy nikt mnie tak nie potraktował. Popłakałam się z bólu.
  - Cholerna gównarzeria – usłyszałam jak przez mgłę. – Zabiję cię z rozkoszą – powiedział i stanął nade mną. – Ale będę litościwy – oznajmił nagle. – Nie zabiję cię sam.
  Wtedy zobaczyłam, jak Dante unosi się jak lalka.
  - Zginiesz z ręki tego, kogo tak bardzo chcesz uratować.
  Wtedy Dantego otoczyła ciemność. Gdy znikła zobaczyłam jego demoniczną postać... postać ludzką.
  Był teraz dorosłym mężczyzną – wiedziałam już, że gdyby był dorosły, jego ciało wyglądałoby dokładnie tak – silne, piękne. Jego włosy, dotąd krótkie i czarne, były długie do pasa i gęste, zaczesane do tyłu. Oczy były te same, lecz wypełnione pustką... czy też raczej rozpaczą. Ubrany był w rozpięty płaszcz bez rękawów, odsłaniający jego mocarne ramiona. Nogi zaś były ukryte w spodniach, poszarpanych na dole, potężnie umięśnione.
  Pod włosami na plecach, ujrzałam wystającą klingę miecza. Na jego głowie zaś, dostrzegłam dwa rogi, które jako jedyne mówiły, że to demon.
  - Tyle siły – odezwał się nagle nasz kat, patrząc na Dantego. – Jednak jeszcze nie przelałeś krwi – odezwał się. – Zabij ją – powiedział z ogromną siłą. – A czeka cię nagroda.
  Dante spojrzał na mnie pusto. I powoli ruszył w moją stronę dobywając miecz, który zalśnił w deszczu.
  Zamrugałam, gdy stanął nade mną i usłyszałam:
  - Marielle, uciekaj! – był to głos taty.
  - Uciekaj dziecko! – krzyczeli wszyscy, którzy mieli siłę.
  Poczułam łzy i zapłakałam:
  - Nie.
  - Uciekaj!
  - Nie! Kocham go!
  Wtedy Dante zrobił coś nieoczekiwanego. Na jego twarzy pojawiła się złość i poczułam jak unosi mnie za bluzkę.
  Spojrzałam na niego, drżąc ze strachu i rozpaczy.
  Jego oczy nie były już pełne rozpaczy – tylko wściekłości.
  - Dante – zdołałam dotknąć jego ręki, którą mnie trzymał. I poczułam jak gwałtownie się wzdrygnął.
  Puścił mnie, aż upadłam na ziemię. Słyszałam jego warkot i gdy udało mi się spojrzeć do góry, ujrzałam lecący w moją stronę miecz.
        
  Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam, że miecz jest wbity obok mojej głowy, a on sam klęczy nad moim ciałem z morderczym błyskiem w oczach, ciągle trzymając mocno z klingę. Warczał cały czas.
  Płakałam już na całego.
  - Dante... – warkot się wzmógł. – Dante...
  - Co ty wyprawiasz! Zabij ją w końcu! – usłyszałam, ale wtedy Dante wyrwał wściekle miecz ziemi i zrobił nim zamach.
  Na naszych oczach ten demon – demon, który sprawił nam tyle złego - został po prostu przecięty na pół samą siłą jego miecza.
  Jednak to nie był koniec. Dante nadal był zdziczały.
  - Dante... – szepnęłam, a on znów skupił na mnie swoją morderczą uwagę. – Dante to ja – powiedziałam przez łzy. – Marielle... Twój aniołek – powiedziałam.
  Wtedy warkot trochę zmalał.
  Jednak wtedy otoczyła nas jego rodzina.
  - Marielle, złapiemy go, nie ruszaj się.
  Dante niemal zerwał się by ich zabić, ale złapałam go mocno za rękę.
  - Odsuńcie się! – krzyknęłam. – On was nie poznaje! On...
  Wtedy nagle poczułam, jak Dante unosi mnie na ręce i skacze.
  Biegł szybko jak błyskawica, omijając różne przeszkody, w tym powalone drzewa. Kiedy nagle zatrzymał się i mnie położył – niezbyt delikatnie, ale przynajmniej mną nie rzucił – zorientowałam się, że jesteśmy w jakiejś grocie.
  Chodził wokół mnie przez chwilę, jak jakiś jaskiniowiec, kiedy nagle zatrzymał się i przykucnął przede mną.
  W jego oczach nadal była złość.
  - Masz zamiar mnie zabić? – szepnęłam.
  Byłam wykończona, obolała, i czułam, że mam kilka otwartych ran, które wiedziałam, że jeszcze trochę i zaczną bardzo boleć.
  On jednak milczał, patrząc tylko na mnie.
  Nagle poczułam, że z moich ran zaczyna wyciekać więcej krwi - ogarniała mnie coraz większa ciemność i zdałam sobie sprawę, że on wcale nie musiał mnie zabijać. 
  Bo właśnie umierałam.


Rozdział 19

Marielle

  Kiedy się ocknęłam, byłam bardzo zaskoczona tym, że żyję.
  Od razu zobaczyłam, że leżę na dużej i grubej starcie trawy, a moje rany są niemal uleczone.
  Zamrugałam, i rozejrzałam się.
  I od razu go dostrzegłam.
  Siedział zaraz obok mnie - jego głowa była oparta o jego kolana i trząsł się mocno. Czułam, że jestem zmęczona, chyba miałam gorączkę.
  Ale tak się cieszyłam, że żył, że oboje żyliśmy. Przesunęłam się i oparłam swoje małe ciało o jego.
  Poczułam, jak zamarł. Przestraszyłam się, że mnie odepchnie. Ale on tylko znieruchomiał.
  Po chwili zasnęłam w tej pozycji po raz kolejny.

  Kiedy się obudziłam, byłam już inaczej ułożona. Leżałam głową na jego twardym brzuchu, a on spał oparty o ścianę. Miał rękę na moim czole, i była ona rozkosznie chłodna, w przeciwieństwie do reszty jego ciała.
  Patrzyłam na niego chwilę. Czy sobie cokolwiek przypominał? Czy tak jak ja, powoli szukał drogi, by znów odzyskać swoje „Ja”?
  Wtedy zobaczyłam, jak otwiera oczy. Nie był już w nich gniewu, tylko bezkres zieleni i błękitu.
  Chciał zabrać rękę, jednak przytrzymałam ją. Zacisnął ją chyba instynktownie na mojej, ale ja nie poczułam w tym ruchu gniewu – nie sprawił mi też bólu. Po prostu trzymał, jakby nie umiał puścić.
  - Zostaw ją tak – poprosiłam i delikatnie położyłam ją z powrotem na swoim czole. – Jest taka chłodna, a mi jest tak gorąco.
  Patrzył się dalej, ale pozwolił mi ją położyć z powrotem.
  - Nie patrz się tak na mnie – poprosiłam cicho. – Bo nie wiem co mówić.
  Wtedy zamknął oczy.
  - Nie o to mi chodziło – uśmiechnęłam się i zaśmiałam cichuteńko. – Ja bardzo lubię twoje oczy... właściwie... – zaczęłam – to była pierwsza rzecz, jaką u ciebie dostrzegłam.
  Wtedy znów je otworzył, ale odrobinkę.
  - Pamiętasz, jak mnie uratowałeś? – zapytałam. – Powiedziałeś mi, że mam u ciebie dług... – ale jak mam go spłacić? – poczułam łzy. – Nawet nie potrafię... nie potrafię ci teraz pomóc – łzy popłynęły, spływając po moich policzkach .
  Poczułam jak dotyka mój bok, tam gdzie jeszcze nie do końca zagoiła się rana.
  I poczułam, jak samym dotykiem ją leczy.
  - To nie dlatego płaczę – powiedziałam, widząc jego wzrok, skierowany na ranę. Wtedy wrócił spojrzeniem do mojej twarzy. – Płaczę bo boli mnie tu –dotknęłam swoje serce.
  Spojrzał na to miejsce. Jego wielka ręką niemal dotknęła mnie tam, lecz nagle zaczął poruszać ją nad moim ciałem. Zobaczyłam na jego twarzy zmieszanie.
  - Tego bólu nie można wyleczyć w ten sposób – powiedziałam, czytając z niego jak książki.
  Wtedy spojrzał z tak dobrze znaną mi irytacją, a ja zaśmiałam się cicho i zaraz znów zapłakałam.
  Nachylił się nade mną, jakby chciał zrozumieć, co mi jest.
  - Ty głupku – powiedziałam. – To przez ciebie cały czas płaczę! – i pacnęłam go w ramię. – Głupek! Głupek!
  Złapał moją rękę i zobaczyłam, że patrzy na nią zaskoczony.
  - Puść mnie! – zawołałam. – Jesteś kretynem! Jak mogłaś myśleć w taki sposób! Jak mogłeś wierzyć, że cię nie zaakceptuję?! Jesteś idiotą! Debilem!
  Wyrwałam rękę i już na całego waliłam go w pierś, kiedy nagle złapał mnie za obie ręce, unieruchamiając je.
  - Gdzie mój Dante?! – płakałam. – Chcę mojego Dantego!
  Wtedy puścił delikatnie moje dłonie i skuliłam się na jego brzuchu, zasłaniając twarz.
  - Chcę mojego chłopaka...
  I tak łkałam na jego brzuchu, dopóki zmęczenie nie odebrało mi resztki sił.
        
  Kiedy znów się obudziłam, odkryłam coś, co wprawiło mnie w szok.
  Byłam w jego objęciach. Spaliśmy na trawie w grocie, a ja cała była umoszczona na jego potężnym ciele, otulona jego ciepłymi ramionami.
  Jeszcze kilka dni temu byłabym zawstydzona takim położeniem. Ale teraz chłonęłam ten cichy spokój.
  - Kocham cię Dante – wyszeptałam, wtulając się w niego. – Proszę cię, wróć do mnie.
  Przez chwilę jego oddech nadal był taki sam, kiedy nagle wziął głęboki oddech i jego ręce objęły mnie jeszcze mocniej.
  - Aniele... – usłyszałam niewyraźne.
  Podniosłam się trochę bez sił, by spojrzeć na jego twarz.
  - Dante?
  - Mari... – odezwał się znowu. Wyglądał na wykończonego. – Przepraszam... – wyszeptał. – Długo... dużo minęło?
  Nie umiałam odpowiedzieć, po prostu się popłakałam i wtuliłam w niego.
  - Dziękuję, że ze mnę zostałaś – usłyszałam i po chwili był znowu dzieckiem, tym chłopcem, którego kochałam.
  - Dante... Dante  - łkałam w jego pierś.
  - Już dobrze – głaskał mnie bez sił. – Teraz to ty mnie uratowałaś – wyszeptał i zasnął.
  Nie minęło pół godziny, gdy w końcu usłyszałam:
  - To niemożliwe, byliśmy tu tysiące razy...
  - Czuję ich zapach! Marielle! Dante!
  Do groty wpadli nasi ojcowie, którzy zamarli widząc nas.
  - Marielle – mój tata podszedł jako wilk.
  - Dante wrócił – płakałam ze szczęściem. –  Wrócił przed chwilą. Teraz śpi.
  - Marielle – po chwili obejmował mnie delikatnie. – Miałaś tyle ran... Jak? – zaczął ze łzami. 
  – Jego demoniczna połowa – wyjaśniłam. – Uleczył mnie, nawet nie pamiętając mnie.
  Ojciec Dantego głaskał go delikatnie po głowie.
  - Mój syn – powiedział z dumą i łzami. – Mój dzielny syn – wtedy spojrzał na mnie i uśmiechnął się. – Dziękuję ci, że go kochasz.
  Wtedy mój tata dotknął kosmyk włosów Dantego i też się uśmiechnął.
  - Dziękuję mały. Dziękuję ci, że ją kochasz.
  - Tato – zaczęłam cicho. – Muszę spać. Jestem taka zmęczona...
  - Śpijcie – odezwał się delikatnie ojciec Dantego. – Jak się obudzicie, będziecie nadal razem.


Rozdział 20

Dante

  Kiedy się ocknąłem, moją pierwsza myślą była Marielle.
  - Mari... – poderwałem się, ale od razu zobaczyłem, że leży w łóżku obok mnie, śpiąc spokojnie.
  Ulga, jaką poczułem, była ogromna. Położyłem się z powrotem i patrzyłem na nią tak, dopóki nie otworzyła zaspanych oczu.
  - Jak się czujesz? – było jej pierwszym pytaniem.
  - Dobrze – wyznałem. – Tylko głowa mnie trochę boli.
  - Nie ma to jak siła demona – powiedziała cicho. – Ja za to jestem padnięta – wyznała.
  Patrzyłem na nią z troską.
  - Brakowało mi tego spojrzenia – wyznała, patrząc na mnie. Jej twarz, aż do nosa była zakryta kołdrą. Jedyne co widziałem, to jej piękne oczy. – Tęskniłam za tobą – rzekła, a ja wyznałem:
  - Nigdy nie odszedłem. Cały czas tam byłem, ale nie miałem siły wrócić. Mój demon w pewnym momencie przejął kontrolę nad tym co się działo, dzięki czemu widziałem cię i czułem. Im dłużej byliśmy razem, tym byłem silniejszy.
  - Cieszę się – jej łzy jaśniały jak perły.
  - Aniele... mogę podejść do ciebie? – zapytałem, bardzo pragnąc ją przytulić.
  - Nie – odparła, a ja zesztywniałem.
  - Czemu?
  - To kara za to, jaki byłeś głupi – oznajmiła. – Jak mogłeś myśleć, że cię nie zaakceptuję? Debil.
  Zamknąłem oczy.
  - Dobrze, przyjmuję karę – należało mi się, o czym dobrze wiedziałem.
  - To za mało – oznajmiła. – Uratowałam cię, także masz wobec mnie dług.
  - Z tego co pamiętam, to ja zabiłem tamtego typa – patrzyłem na nią, ciekaw jej słów.
  Jednak ona cicho prychnęła.  
  - A ja uratowałam ciebie, i wszystkich naokoło, zanim ich zaszlachtowałeś – wtedy usiadła na łóżku i wskazała na siebie palcem. – Masz wobec mnie dużo większy dług.
  Milczałem. Od razu pojąłem, że akceptowała to, co zrobiłem.
  I miała rację. Gdyby mnie wtedy nie powstrzymała... nie miałbym już nikogo.
  - Mari... – zacząłem, ale wtedy wybałuszyłem oczy, bo ona wstała na trzęsących się nogach i wlazła mi do łóżka pod kołdrę.
  - C-co... – zacząłem zażenowany i czerwony jak burak, kiedy ułożyła się głową na mojej klacie.
  – Jeśli chcesz spłacić swój dług, musisz być do końca życia być blisko mnie.
  Moje oczy – czułem – że wypełnił ogrom uczuć.
  - Co jeszcze? – zapytałem cicho, a moje ciało zaczęły wypełniać coraz silniejsze emocje.
  - Oj dużo rzeczy, ale od tego zaczniemy. Przez ciebie mam znowu zaległości w szkole, także będziemy się uczyć wspólnie – ja nie mam takiej super pamięci jak ty. No i muszę wrócić do pełnej sprawności, także masz mnie choćby siłą ciągnąć na ćwiczenia – twój wujek już obmyślił dla mnie jakiś program, ale powiedział, że przyda mi się więcej motywacji, więc obmyślił też dla ciebie.
  Jęknąłem na to ostatnie, choć byłem coraz bardziej szczęśliwy.
  - Bez jęków proszę – powiedziała. – Przyjmij to jak mężczyzna.
  - A czy ja w tym wszystkim mam coś do powiedzenia? – zapytałem.
  - Ależ oczywiście – rzekła i uniosła głowę. – Słucham.
  - Skoro jest tyle żądań, to ja chcę też mieć choć trzy – w końcu ja też cię ratowałem – przypomniałem.
  - Dobra, trzy mogą być.
  - Pierwszy – pocałunki. Za każdy mój wysiłek chcę dostać pocałunek.
  - Pomyślę – oznajmiła bez zająknięcia. – Następny.
  - Po drugie – zacząłem - nie ważne gdzie jesteśmy, jesteś moją dziewczyną i nie chcę słyszeć wykrętów na ten temat.
  - Dziewczyną... – zaczęła. – Czy partnerką?
  - Skąd wiesz o tym? – zapytałem cicho.
  - Twój tata mi powiedział o partnerstwie. Ale nie wiem, czy tak jest. - Uniosła się nade mną i nagle zobaczyłem jak, staje nade mną na czworaka. – Jestem twoja partnerką? Czy nie?
  Poczułem, że się uśmiecham, jednocześnie czując w sobie ogromną falę miłości.
  - Myślisz, że gdybyś nią nie była, pozwoliłbym ci tak nad sobą wisieć?
  - Nie wiem – wyznała. – Może po prostu jesteś zboczeńcem, który lubi takie rzeczy.
  Wtedy bez słowa złapałem ją za kark i pociągnąłem w dół.
  - Jesteś jedyną dziewczyną, której tak kiedykolwiek robiłem – wyznałem.
  - Aha – powiedziała, bardzo blisko mojej twarzy. – A jaki jest trzeci warunek? – zapytała w końcu.
  - Dowiesz się w swoim czasie – oznajmiłem, a ona od razu jęknęła.
  - Nie znoszę takich niewiadomych...
  - Nie jęcz – poprosiłem. – Chyba że wtedy, jak będziemy się całować.
  Wtedy w końcu zobaczyłem upragniony rumieniec.
  - Zboczeniec – oznajmiła i nasze usta w końcu się spotkały.
  - Kocham cię Marielle – wyszeptałem w jej wargi. – Przepraszam, że tak późno to mówię.
  Uśmiechnęła się wtedy, a ja poczułem, jak cały wcześniejszy ból, znika pod wpływem ciepła zawartego w tym jednym uśmiechu.

Rozdział 21

Marielle i Dante

  Kiedy rodzice tej dwójki otworzyli drzwi pokoju, przez chwilę stali tak, nie widząc, czy śmiać się, czy ich udusić... czy zacząć się rozczulać.
  Marielle i Dante spali w jego łóżku, objęci mocno, ale z niewinnymi wyrazami twarzy.
  - Mogę udusić twojego syna? – zapytał Shawn.
  - Sam go uduszę, jak wstanie – oznajmił Derek.
  - Ale oni tak słodko śpią – powiedziała Charlotte.
  - Tak – przyznała Astra. – A dla waszej wiadomości, to łóżko Dantego.
  Cała trójka spojrzała na nią nie rozumiejąc.
  - Czyli mówiąc krótko - to Marielle wlazła do łóżka Jemu.
  - I tak go uduszę – oznajmił od razu Shawn. – A ją wyślę do zakonu.
  - Nie trzeba - powiedział Derek. – Szkoda dziewczyny. To on pójdzie na księdza.
  Mężczyźni się tak licytowali, a matki podeszły do łóżka.
  - Nie sądziłam, że Marielle znajdzie partnera, i to tak szybko – wyznała Charlotte cicho, odgarniając córce pasemko z policzka. – Odkąd sięgam pamięcią, zawsze była na uboczu, odtrącona – obejrzała się na męża. – Tak jak Shawn. Tylko dlatego, że urodziła się w rodzinie, gdzie był bezpośredni dziedzic demonicznej krwi.
  - Tak – Astra pogłaskała syna po głowie. – Nie jest wcale lepiej, gdy i dziecko jest jej dziedzicem. Zwykle albo rodzi się szkaradą, albo jest piękne... a ani jedna z tych opcji nie jest dobra – wyznała. – Dante był bardzo samotny, mimo że tyle ludzi za nim ganiało. Kiedy poznał twoją córkę, w końcu zobaczyłam, że jest naprawdę szczęśliwy.
  Dwie kobiety, tak różne, a zarazem będące w tej same sytuacji, stały obok siebie jak przyjaciółki, patrząc tym samym, czułym wzrokiem na swoje dzieci.
  Wiedziały, że jeszcze wiele je czekało. Było jeszcze wiele rzeczy do wyjaśnienia. Jednak to wszystko mogło poczekać, dopóki ich dzieci nie obudza się i zobaczą, że nie są już same.
  Miały siebie i rodziny, które je kochały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz